środa, 7 września 2016

Przerwa na fajkę

Dziś przypomniała mi się scena sprzed lat kilku, kiedy w Ożarowie wychodząc z pracy dostrzegłem jak grupka podrostków "jara fajki" na przystanku autobusowym. Z rozrzewnieniem sięgnąłem do lat 80, mojej podstawówki, kiedy koledzy kryli się po krzakach, żeby nikt ich nie widział. Przechodząc już bardzo blisko owych łebków, po dymku który do mnie doleciał, zorientowałem się że to wcale nie fajki tak radośnie kurzy sobie owa młodzież. Gówniarze palili sobie trawkę. O tempora, o mores...
Do papierosów nie ciągnęło mnie nigdy. Do dziś nie mogę zrozumieć jak świadomy dorosły człowiek może fascynować się wciąganiem dymu w płuca, zdając sobie sprawę (a może nie?), że każde zaciągniecie zostawia w środku ileś tam smoły i innego syfu. Bliższy kontakt z nimi miałem kilka razy w życiu, pierwszy za dzieciaka, kiedy przytknąłem do ust niedopałek, porzucony przez matulę, co rodzicielka widząc zareagowała energicznie i konsekwentnie. Smród dymu papierosowego towarzyszył mi jednak sporadycznie i zawsze drażnił. Nie cierpiałem, jak ktoś przy mnie pali i cały ten obrzęd związany z paleniem wydawał mi się kuriozalny, zarówno u dorosłych jak i tym bardziej niedorosłych. Do dziś uważam że nic tak kretyńsko nie wygląda jak zaciągający się z wielce poważną miną małolat. Śmieszyła mnie konspira kumpli z podstawówki, którzy na fajkę wymykali się podczas długiej przerwy pod wierzbę na boisku, gdzie kurzyli trzymając papierosy w dwóch patyczkach, żeby nie śmierdziały im rzekomo ręce. W rzeczywistości śmierdziały i ręce i oni i najbliższe otoczenie. 
Potem przyszły czasy imprez, po którejś kumpel namówił mnie (do dziś się tym chwali), żebym wciągnął dym i przytrzymał w płucach. Zakręciło mi się galancie w głowie, ale nie uznałem tego doświadczenia za motywujące do częstszego kontaktu z fajkami. Pojawiałem się jednak czasem w różnych miejscach wśród znajomych z papierosem dla zgrywy, żeby wywołać zdziwienie, bo powszechnie było wiadomo, że jestem wrogiem palenia. 
Z trawką na imprezach musiałem się zetknąć, bo przez pewien czas była to prawdziwa plaga w moim mieście. Można ją było dostać prawie wszędzie, była powszechna niemal jak piwo. Którejś pięknej nocy policja wyjechała na miasto i całe wesołe towarzystwo zgarnęła do paki, wywołując wielki szok, bo nie niepokojeni dłuższy czas przez nikogo "dilerzy", rozbradziażyli się już do granic przyzwoitości i zbytnio ze swoim towarem nie kryli. 
Trawka zmieniała percepcję i z tego względu zainteresowałem się nią na chwilę. Poczytałem kilka artykułów, w jednym były zdjęcia jak wygląda świat  a) na trzeźwo, b) po alkoholu, c) po marihuanie.  Nie kojarzyłem, żeby po piwie aż tak mi się wszystko rozmazywało w oczach, jak na tym zdjęciu poalkoholowym, ale świat po trawce faktycznie wydawał się nie tyle że bardziej kolorowy, co szczegółowy. Każdy listek, kałuża itp. mogły być obiektem całkiem nowych obserwacji. Może to wynik tego, że palaczom źrenice robiły się rychło jak czarne spodki? Było śmiesznie, zabawnie i luzacko, ale jakoś nie było w moim życiu aż takiej potrzeby upiększania sobie rzeczywistości, żeby nawiązać powazniejszy romans z "Gandzią". Przynajmniej zacząłem kojarzyć że "Andzia" "Oddziału Zamkniętego" wcale nie dotyczy dziewczyny i wyczuwać amatorów trawki z bardzo daleka, co uznałem za umiejętność bardzo przydatną na przyszłość.
Z tego okresu pamiętam też pewną zabawną anegdotkę, kiedy na jakieś nasiadówce ktoś wyciągnął zioło, wszyscy sobie popalili, zaczęli się pośmiewywać z byle czego, dopóki, jedna z koleżanek (przyszła pani doktor psychiatrii) nie wyskoczyła z tekstem: "Wy się wcale tak dobrze nie bawicie, wam się tylko tak wydaje." Abstrakcyjność tego zdania była tak głęboka, że zrobiła się cisza jak makiem zasiał i każdy zaczął się nad nim zastanawiać, dogłębnie i w milczeniu. Było w zasadzie po imprezie.
Obecnie jestem przeciwnikiem przyjmowania do płuc innych substancji niż czyste powietrze i nawet nie przekonuje mnie gadka o legalizacji trawki, że niby wszystko dla ludzi. Tak to w finale wygląda że nagle ludzie stają się dla tego wszystkiego i choć nie zauważyłem, żeby moi koledzy jakoś się akurat od maryśki pouzależniali, to fajczą prawie wszyscy.  A po co?

10 komentarzy:

  1. Paliłem już chyba jako noworodek, oczywiście nie sam, ale za sprawą rodziców. Pierwszy papieros zapaliłem mając lat bodajże siedemnaście i o dziwo, wcale się nie krztusiłem. Widać byłem już nałogowcem. Natomiast nigdy nie miałem okazji ani chęci sięgać po trawkę. Przerażał mnie widok narkomanów, a wydawało mi się, że ta trawka to pierwszy krok. Dziś nie palę, ale jakoś inni palacze mnie nie drażnią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za moich czasów rzadko kto już uważał, że trawka jest groźna. Jedno trzeba jednak przyznać, potrafiła robić bałagan w głowie, jak ktoś palił często, np. codziennie. A byli tacy.

      Usuń
    2. Nigdy jakoś nie tęskniłem za zamieszaniem w głowie, nawet tym alkoholowym. Owszem piję, ale w takich ilościach, które do zaburzeń nie dopuszczają. Kilka takich prób skutecznie mnie z pragnienia takiej ekstazy wyleczyło. :)

      Usuń
  2. Ja też go nie uważam za coś pozytywnego. W zasadzie napić się lubię tylko w towarzystwie, do momentu wesołości. Jakbym był na bezludnej wyspie ze skrzynką piwa, pewnie by się zepsuło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na bezludnej wyspie czasami trudno o wodę pitną, więc pewnie piwem też byś się delektował :)
      Ale tak mnie naszło w temacie szkodliwości palenia. Jeśli dokładnie przyjrzeć się dzisiejszym używkom (kawa, herbata, wody mineralne i napoje energetyczne) oraz produktom spożywczym, wcale nie jestem pewny, czy palenie jest w tym najbardziej szkodliwe. Wiesz, gdyby na ten przykład niepalenie chroniło skutecznie przed rakiem lub chorobami układu krążenia, to być może bym się z tą opinią o szkodliwości nałogu zgodził.

      Usuń
    2. Oczywiście, że może się okazać że nie jest najbardziej szkodliwe. W jedzeniu jest pół tablicy Mendelejewa, bo różni naukowcy dostali od korporacji w łapę, żeby zbadać że te dodatki są nieszkodliwe.

      Usuń
  3. Nie wiem czy powinnam włączyć się do dyskusji, bo nie mam czym się chwalić. W moim domu nikt nie palił papierosów, więc i mnie nie ciągnęło.W internacie koleżanki na siłę chciały mnie uzależnić, aby potem mogły lecieć na sępa. Już pierwszy papieros bardzo mi zaszkodził, a nie należę do tych co to lubią sobie szkodzić na zdrowiu. Ani trawki ani marychy nie próbowałam. Obawiałam się uzależnienia. Alkohol mnie usypia; wystarczy 25 gram a już szukam oparcia dla głowy.Przypomniał mi się okres kartkowy. Mój małżonek wypalał i wypijał mój przydział [kartkowy]zarówno na papierosy jak i na alkohol oraz kawę. Przerąbane mieli ci, którzy w domu wszyscy kopcili; pili i kawkowali - nie mieli na kim pasożytować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakieś wspomnienia jednak notka wywołała, czyli pewnie było warto zabrać głos :)

      Usuń
  4. Musiałam przeczytać Twój wpis mężowi, który szczęśliwie nie pali już od dwóch lat :) co mnie bardzo cieszy. I uważam to za mój sukces, w końcu też się do tego przyczyniłam ;) kupiłam tabletki w aptece ;) sama może spaliłam trzy papierosy w życiu. Zawsze mi się to podobało. Te cieniutkie papierosy takie kobiece mi się wydawały. Ale nie wspominam dobrze moich przygód z fajkami. Nigdy mi nie spakowało. Trawy nie paliłam. Za to mój mąż jeśli kiedyś będzie można u nas w kraju legalnie kupić zioło to pewnie będzie miał na swój użytek. Zobaczymy jak się jego zdanie zmieni za kilka lat kiedy to nasz syn będzie miał do czynienia z takimi rzeczami.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli mam rozumieć, że spełnił rolę dydaktyczną? :)

      Usuń