piątek, 9 września 2016

To tylko 4 lata siedzenia w blogach

Właśnie dziś zdałem sobie sprawę, że bloguję już 4 lata. W sumie nie jest to wiele, znam blogi, które są znacznie starsze. Gdybym miał się określić po tych latach stukania w klawiaturę, wybrałbym określenie, które podajże wymyślił Papcio Chmiel w serii komiksów o Tytusie Romku i A'tomku - "człowiek renonsensu". Tematyka wszystkich moich blogów, a było ich trzy, była istnym miszmaszem, bez żadnej przyjętej tematyki, a rozrzut był tak potężny, że sam nie widziałem o czym będę pisał nazajutrz. Postanowiłem dziś się rozczulić i sobie popisać o swoim blogu i podzielić się przemyśleniami z 4 letniego okresu w blogosferze.

Geneza "Kota Morskiego" sięga roku 2012, kiedy mój czteroletni wówczas synek dostrzegł u ciotki na regale figurkę kota. Stwierdził wtedy, iż jest to kot "morski". Ale jak to? Nie ma czegoś takiego jak kot morski...
" - Jak to nie? Kiedyś idę sobie plażą, a tu mnie coś ugryza w nogę. No to się pytam, a kto ty jesteś przyjacielu? - Kot Morski..."
Teksty Małasa wydały mi się czymś cennym, a z racji  tego, że po jakimś czasie często nie potrafiliśmy już przytoczyć co on takiego śmiesznego powiedział, postanowiłem zapisać je na blogu, żeby zawsze były pod ręką. Potem dwa razy musiałem się przenosić, z onetu na interię i z interii na blogspot, przy czym ten ostatni mi najbardziej pasuje. Na interii był to blog RademenesaII, ten jest jakby połączeniem dwóch pozostałych. Usiłowałem w międzyczasie tworzyć inne blogi, tematyczne, by odciążyć kota od nadmiaru bałaganu, jak na razie udało mi się wykorzenić z niego politykę. 
W okresie od 2013 mniej więcej zacząłem pisać wiersze. Różne. O np. takie:

Dryf...
2013-04-10 16:40
W wirażu zdarzeń... myśli swoich i cudzych
skrytych marzeń przyziemnych i dużych
Dryfujemy jak strzępki tej samej tkaniny
do celów odległych, których dziś nie widzimy
Bezwład rządzi dziś całym naszym życiem,
Prosty wybór między trwaniem i niebytem
Dla krótkiej chwili, dla tańczących cieni,
Dla odprysku wiary, że czas coś zmieni
Że przyszłość w końcu jest zakrytą kartą
I że przecież do cholery... żyć jednak warto.

Jedne były udane, inne mniej, dziś pewnie wszystko napisałbym inaczej.
Po jakimś czasie zaczęli pojawiać się ludzie. Zdziwiło mnie to, bo nie komentowałem wtedy u nikogo, nie szukałem towarzystwa blogowiczów, ale mimo wszystko zrobiło mi się miło. Jedną z  pierwszych komentatorek, dotrzymującą mi towarzystwa do dziś była blogerka ukrywająca się pod nickiem "Szept mgiełki" i był to blog poetycki. Potem już wsiąknąłem i muszę przyznać, że osoby regularnie mnie odwiedzające wspominam bardzo miło i nawet, gdy ich blogi odeszły w niebyt, przeglądając inne znajome zastanawiam się co u nich.
Potem zacząłem opisywać, wycieczki, recenzje płyt, książek, filmów... Nie kryję, że wszystkie komentarze sprawiały mi przyjemność, nawet te krytyczne.  
Świat blogowy nie był do końca tym, za co go uważałem zanim zacząłem blogować. Niektórzy sądzą, że chodzi o jakieś wynurzanie się przed obcymi ludźmi itp. Niekoniecznie, a nawet wręcz przeciwnie, potrzeba wyrażania się w ten sposób to swoisty Hyde Park, każdy może o wszystkim, o swoich pasjach, o poglądach itd. itp, niekoniecznie odsłaniając samego siebie.  Gdyby przeprowadzić jednak badania psychologiczne w blogosferze, pewnie dałoby się wyciągnąć zadziwiające wnioski, nawet z prostej pisaniny. Zaważyłem np., że niektórzy blogerzy nie cierpią krytyki. Raz wytykając komuś błąd (w dość newralgicznym miejscu, tytule notki), zostałem nazwany ortograficzną inkwizycją. Niestety nie bawią mnie cukierkowe komentarze "podpisuje się obydwiema rękami" pod każdym wpisem, dzięki krytyce wiem, że pochwała jest szczera i staram się wszystkich traktować uczciwie,na blogach, gdzie autorom to przeszkadza, przestaję komentować. 
A mnie znów się chce pisać... Ostatnio nawet bardziej, bo blog przechodził kryzys na początku roku.
Przypomniałem sobie jeden z ostatnich wpisów na interii. Przecież gdybym nie ściągnął archiwum, za diabła bym o tym nie pamiętał:

Faza zwiedzania
2015-01-20 08:02
Z początku wszyscy całą grupą wchodziliśmy w górę schodami. Pomieszczenia były ciemne, przez małe zakurzone okna w zasadzie nie było nic widać. W związku z tym nie bardzo się nawet w końcu orientowałem jak wysoko już zaszliśmy. Po drodze tylko na każdym piętrze walały się jakieś maszyny i sprzęty o nieznanym mi zastosowaniu, od dawna nie używane. Podróż była długa, choć oczywiście abstrakcyjnie nie dłużyła się w czasie. Drewniane drzwi oznaczały ostatni jej etap, wyjście. Do celu? Ich otwarcie stanowiło zaskoczenie dla pierwszych w szeregu. Na pierwszy rzut oka była za nimi przepaść, krawędź budynku i perspektywa upadku z dużej wysokości, oraz tylko wąski skalisty przesmyk, którym należało pójść dalej. Ale zaraz się okazało, że to złudzenie, że poniżej jest platforma. Szczyt tej monumentalnej budowli przeniósł wycieczkowiczów w świat kolorowych trawników i basenów z błękitną wodą. W świat straganów z rozmaitymi drobiazgami i smakołykami. Biegaliśmy wśród tych atrakcji we trójkę, choć Małas co chwila się gdzieś zapodziewał, aż w końcu zniknął nam z oczu. Nie sądziłem, że coś może mu się tutaj stać, więc nie martwiłem się tym zbytnio. Zwiedzaliśmy sale z eksponatami, niektóre ogromne, inne małe z drobnymi pamiątkami z dawnych czasów. Robiłem zdjęcia, na zewnątrz złościłem się, bo co chwila, pomimo względnie słonecznego dnia kropił jakiś przelotny deszczyk, prosto na mój obiektyw. Być może właśnie przez ten deszczyk mój aparat wydawał jakieś niezwykłe dźwięki, rzężąc i trzeszcząc podczas przybliżania kadru. Sfotografowanie niby mimochodem jakiejś szczupłej dziewczyny, która w dodatku zorientowała się, że robię jej zdjęcie i zaśmiała się zawstydzona, wywołało gniew mojej żony i od tej chwili zwiedzałem już sam to kuriozalne miejsce. Aż trafiłem do hangaru w którym… który przypominał garaż dla łodzi podwodnej. Były tam rozmaite sprzęty marynarskie, harpuny, działa, odznaki. Niektóre o przedziwnych kształtach. Inne wyglądały na strasznie stare i skorodowane, jakby wyjęte z dna morza. Nie było tu zbyt wielu zwiedzających, za to krzątało się mnóstwo osób z personelu, ubranych w uniformy. Te typy przestawiały wszystko i zasłaniały mi to co chciałem sfotografować. Nieraz się zdarzało, że już miałem cyknąć fotkę, a jakiś jegomość odjeżdżał z interesującym mnie obiektem nie wiadomo gdzie. Gniew mój narastał, ale budzik zakomunikował, ze pora wstać, bo czas już iść do roboty.

Niby głupi sen a jednak niektórzy mieli jakąś frajdę z jego przeczytania. Zabawa polegała na momencie w którym czytelnicy zorientowali się że opisuję sen.

15 komentarzy:

  1. Gratulacje Kocie! I tak trzymaj! Ciebie się czyta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A cieszę się i zapraszam serdecznie w moje progi.

      Usuń
  2. Następnych czterech lat i następnych... :)
    Też potrzebowałem sporo czasu, aby określić formę własnej pisaniny, ale wydaje mi się, że każda jest dobra, jeśli w jakiś sposób nas satysfakcjonuje i daje okazję nawet tę formę zmienić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę że jeszcze się trochę ze sobą pomęczymy :).

      Usuń
  3. ..tak wiem, powtarzam się, ale bardzo lubię czytać, zarówno Twoją prozę, jak również Twoje wiersze .. masz niezwykła 'smykałkę' do pisania i nie tylko..
    ..czytam Twoje notki lecz nie komentuję z różnych przyczyn.. ;)

    - pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. p.s
      ..oczywiście zapomniałam dodać,
      - gratuluję wytrwałosci w pisaniu bloga
      i życzę wiele, wiele nastepych lat ;)

      Usuń
    2. Nie ma obowiązku komentowania. Fajnie że jesteś tyle lat i za to dziękuję.

      Usuń
  4. Trochę późno trafiłam na Twój blog, ale nie za późno aby razem z Tobą świętować rocznicę. GRATULACJE. Trochę mam podobnie, jak Ty. Gdyby mój pierwszy blog na onecie przetrwał do dziś, to pewnie byłby to znaczący jubileusz. Co najpoważniej wspominam z tych lat blogowania? Miłych Czytelników, których nazywałam wirtualnymi Przyjaciółmi. Nieustannie nachodzą mnie myśli - co u nich? Tęsknię za nimi. Niestety, przemijanie jest wpisane w nasze życie, które gna niczym "pędzi wiatr".
    Życzę Ci jeszcze wielu lat pisania; dla siebie, dla nas i dla potomnych :) Wymiana zdań i poglądów poszerza nasze horyzonty myślowe. Niech więc służy to pisanie ku naszemu rozwojowi intelektualnemu ; :)
    pozdrawiam -a komentarz napisałam w chwilach działania środków p/bólowych. Dorzucam do życzeń; WSZYSTKIEGO DOBREGO i życzliwych oraz wyrozumiałych Czytelników

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym miał ustalać rocznicę, to chyba był to marzec, nie ustalałem jakiegoś sztywnego terminu, tym bardziej że nie mam pojęcia kiedy powstał pierwszy Kot Morski. Ale dzięki.

      Usuń
  5. No i zacnie. :) Co do tematyki bloga odpowiadał mi ten poprzedni, ale i ten jest super. Bo najgorzej jest jak się samemu narzuca sobie ograniczenia, a tak możesz pisać o tym co lubisz i wciągasz w to nas, komentujących. :)

    Dzięki wielkie, wypad nad morze to było to. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. GRATULUJĘ i życzę następnych udanych 44
    cóż, mogę o sobie powiedzieć podobnie, zaczynałam na onecie (2009rok), potem dwa razy musiałam się przenosić, z onetu na WP i z WP na blogspot, przy czym ten ostatni mi najbardziej pasuje :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję. Mam jeszcze trochę pomysłów.

      Usuń
  7. :-) ciekawe, czy Kot Morski może mieć coś wspólnego z Fiołkowa Świnką ? tak tylko pytam, bo od świnki violuni zaczynałam blogowanie

    OdpowiedzUsuń