piątek, 4 listopada 2016

Tropię pra-pra dziadka Wawrzyńca


 Według rodzinnego przekazu na tym zdjęciu znajduje się dziadek mojej babci Alicji. Zastanawiam się, kiedy je wykonano, bo mimo przysparzającego powagi zarostu pan na zdjęciu wygląda dość młodo. Jedno jest pewne, jest to chyba najstarsze zdjęcie z rodzinnego albumu. 

Prapradziadek zmarł dość wcześnie, tuż po tym jak urodziła się moja prababka Wenia (1901), więc ona ojca nie pamiętała. Zmarł przypuszczalnie od zakażenia, gdyż podczas rąbania drewna kawałek polana ugodził go w czoło, powodując ranę, która przekształciła się w coś co ówcześni nazywali "czarną krostą".
Wiedząc, że mieszkał we wsi Grądy, która w całości niemal należała niegdyś do licznej rodziny Wardziaków (babcia wspomina, że wszędzie wokół mieszkali jacyś wujowie, bądź ciotki, co nie jest niczym szczególnym, zważywszy na liczbę rodzeństwa prababki - było ich dziesięcioro), odnalazłem skanach ksiąg parafialnych kościoła w Wiskitkach wzmiankę na temat jego śmierci w 1903 roku. Było tam miejsce urodzenia i imiona rodziców, (Wojciech i Urszula) co z kolei przeniosło akcję do wsi Holendry. Bardzo niedaleko, jak zresztą będzie widać na poniższych mapkach, na których oznaczyłem interesujące mnie miejscowości. W Holendrach mała konsternacja, w 1842 urodziło się mianowicie dwóch Wawrzyńców Wardziaków, ale żaden raczej nie był moim pradziadkiem, bo imiona rodziców ich były inne. Byłem pewien, że już tej zagadki nie rozwikłam, czy to błąd przy przepisywaniu z księgi, czy pijany organista dokonując wpisu coś pokręcił, czy tradycja nakazywała co drugiemu dziecku w Holendrach nadawać imię Wawrzyniec, czy co tam jeszcze… Nazwisko Wardziak w tamtych rejonach jest niezwykle popularne, powtarza się w wypisach z ksiąg w parafiach Wiskitki, Kaski i Żyrardowa i przy dzietności przodków podejrzewam, że wszyscy mogą być jakimiś moimi potencjalnymi krewnymi. Natomiast z imionami rodziców Wawrzyńca skojarzyłem wpis dotyczący narodzin jego siostry Anny, także w roku 1842. Ale rewelacje przyniosło dopiero odnalezienie aktu ślubu moich prapradziadków po kądzieli. O tak wygląda, powiem szczerze na pierwszy rzut oka nie byłem zbytnio mądrzejszy, bo za nic tego nie potrafiłem odczytać.


Ale znalazłem kogoś kto odczytał. :)

Numer 28 Waleriany.
Odbyło się w mieście Mszczonów 9-go/: 21-go/: (ta kreska  znaczy albo dziewiątego albo dwudziestego pierwszego według starego i nowego kalendarza rosyjskiego,który się przesunął o 13 dni i dalej w zapowiedziach tak samo),  lutego 1876 roku o godzinie 16.00. Zaświadczamy,ze w obecności świadków Morcyna Wrakobaka ze wsi Aleksandria (chyba chodzi o Aleksandrów około 14 km od Grądów w stronę Sochaczewa) 46 chat i Jana Boresa ze wsi Józefowo (Józefów - około 10 km od Grądów) parafii Wiskickiej, parafii 56 chat, z rodu rolników odbył się tego dnia kościelny ślub pomiędzy Wawrzyńcem (po rosyjsku Wawriańcem Wardziań) Wardziakiem, nie żonatym, 31-letnim, synem żyjącego rolnika Wojciecha i zmarłej Urszuli małżonków Wardziaków, urodzonych we wsi Grontal (Grądy) Wiskickiej parafii i tam przy ojcu zapisanymi i Małgorzatą Mendygrał, panna, córką zmarłego Błażeja i żyjącej Jozefy, urodzonej Wilanowska  małżeństwa Mendygrałów 18 letniej, żyjącej przy matce we wsi Waleriany i tam urodzonej. Przed tym ślubem były 3 zapowiedzi ogłoszone w tutejszym Wiskickim parafialnym kościele w dniach 18-go/:30-go stycznia, 25-go stycznia/: 6-go lutego i 1-go/:13-go lutego tego roku. Pozwolenie ojca panna młodego i matki panny młodej obecnych na ślubie osobiście ogłoszono słownie. Małżonkowie ogłaszają, że oni nie robią żadnych kontraktów ślubnych. Religijna ceremonia ślubu została odprawiona przez księdza Adama Kamińskiego parafia? Ten akt małżonkom i świadkom, nie umiejącym czytać i pisać został przeczytany i potem tylko przez Nas podpisany: 
ks. Mar. Parokowski(?) Proboszcz parafii Mszczonów.
Wynika z niego, że Wawrzyniec urodził się w 1845. Zatem miał 58 lat w chwili śmierci. Praprababka była sporo młodsza...  Zastanawia mnie owa nieumiejętność czytania, nie licuje mi ze godziwym wyglądem pana ze zdjęcia, poza tym babka twierdzi, że byli to ludzie dość zamożni, mieli do pomocy parobków, a drewniany dom był dość spory i przypominał bardziej wiejski dworek. Analfabetyzm był jednak w tamtych czasach bardzo powszechny, poza tym językiem urzędowym był rosyjski, więc może jego nie znali? W księgach parafialnych zaczął funkcjonować od 1864 bodajże... Cóż, nieistotne.
Bardziej fascynujące było odkrywanie całej tej historii pradziadka, powiem szczerze, że z innymi przodkami były jeszcze większe hece, o których być może napiszę...

Grądy, jak widać leżą mniej więcej między Żyrardowem a Sochaczewem.



A do Holendrów można dojść spacerkiem.

10 komentarzy:

  1. Taki historyczny detektyw :-) Fascynujące są takie spotkania z historią i efekty bywają zaskakujące, ale też nie chce mi się wierzyć, że Twój pradziadek nie umiał czytać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to niezwykłe. Tu nawet jeden z burmistrzów miasta był kiedyś niepiśmienny.

      Usuń
  2. Z tego wpisu wnioskuję, że jesteś bardzo młodym człowiekiem, skoro Twoja pra-babka Wenia ur. się w 1901, bo mój śp.tato Piotr ur. się w 1903 r. zaś śp. mama Marianna w 1908r. Nie wiem czy bym się dokopała do dokumentów prababek bądź pradziadków, kiedy pamiętam tylko jednego dziadka, a babć wcale, gdyż im się zmarło zanim ja się urodziłam, a gdzie mi mówić o prabkach .:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przyszłym roku stuknie mi 40. :)

      Usuń
    2. A to jestem mile zaskoczona.Pomimo młodego[w odniesieniu do mnie]wieku, mamy podobny pogląd na wiele spraw. Przede wszystkim podziwiam Twą mądrość, roztropność i szacunek dla innych. Dziwnym zbiegiem okoliczności podzielam Twoje zdanie i opinię na wiele tematów. Nie znajduję w Twoich wypowiedziach [komentarzach] cynizmu, kpiny,szyderstwa i wywyższania się wobec osób inaczej myślących.
      Chciałabym jedynie prosić- tak trzymaj.

      Usuń
    3. Oj, tyle pochwał. Dziękuję, bardzo mi miło.

      Usuń
  3. No to zazdroszczę Ci tych emocji, gdy trafiłeś na ślady przodków. Ja miałem nieco lepiej, bo z pokolenia na pokolenie, starsi przekazywali potomnym historię rodu, no i powstawało dość dużo aktów notarialnych (umowy sprzedaży, zakładania spółek, hipoteka, itp... Trochę miałem zamieszania, bo nikt mi nie powiedział, że przodkowie po powstaniu z 1830 r. uciekali z Krakowa do Łodzi i Warszawy pod zmienionymi nazwiskami. Ale większość dokumentów, także pisanych po rosyjsku i niemiecku, była pieczołowicie przechowywana. Analfabetyzm w tamtych czasach był nagminny, w mojej rodzinie też miałem kilka takich "kwiatków".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, moi też ponoć uciekli, i nazwisko Frendzelski zmienili na nomen omen Przybysz.

      Usuń
  4. Szczerze powiedziawszy to jestem pod wrażeniem, że w swoich poszukiwaniach dotarłeś aż tak daleko :) Co do mnie to odkryłem jedynie, że moje korzenie sięgają szlachty okolic Krakowa (mój pradziadek przed wojną był pilotem, a wówczas był to zawód nieosiągalny dla większości), ale tak głęboko jak Ty się nigdy nie zagłebiłem ;)
    Ps. Też nigdy nie odczytałbym tego pisma ;)
    Pozdrawiam
    Prince Of Pain
    www.suicideanddreams.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. nie dziwię się, ze nie byłeś w stanie odczytać aktu ślubu. dla mnie to ładne "robaczki", a nie litery :)) dobrze jednak, ze był ktoś, kto widział w nich zdania :)
    niezmiennie podziwiam za poszukiwania i odnajdywanie.

    OdpowiedzUsuń