środa, 15 lutego 2017

Ksiądz przeszedł bokiem

Minął, albo mija okres wizyt duszpasterskich. W tym roku ksiądz jakoś nie zawitał, pomimo, że czekaliśmy wszyscy w gotowości. Kiedyś w takim wypadku Babka nalegała żeby iść do kościoła i o wizytę kapłana się upomnieć, w tym roku już nikt nie miał na to mocy.
Generalnie, nie są te wizyty jakieś dla mnie męczące, ani nie cierpię z ich powodu, choć kiedyś prawie wyniosłem jednego typa w sutannie za drzwi. Otóż było to jak Małas miał około dwóch lat, Kotoj ledwo zdążył wrócić z pracy i nie zdążył się nawet rozdziać, gdy duszpasterz władował się do mieszkania. Mała konsternacja, ale prosimy go oczywiście do pokoju, w sąsiednim leci w TV jakaś bajka, a młodemu zachciało się zasiąść na tronie. To jak się okazało, było to chyba jakimś świętokradztwem, że tu wizyta księdza, a tu dzieciak ośmiela się ładować do nocnika i jeszcze bajkę przy tym oglądać... Kapłan dostrzegł " poważny problem w tej rodzinie". Była to jednak jedyna tak nieprzyjemna wizyta, przynajmniej dla nas, inną mógł zapamiętać z kolei niezbyt dobrze sam kapłan - proboszcz we własnej osobie, gdy zacząłem zadawać niewygodne pytania, dlaczego usunął figurę Chrystusa sprzed kościoła, by postawić posągi papieża i kardynała (mówi się w mieście, że Chrystus poszedł czekać na autobus, ja natomiast zadaję sobie pytanie kto ważniejszy - prezes, czy jego sekretarz...) i przebudował w kościół (w stylu Lichenia dla ubogich), zaczął się nagle bardzo spieszyć... W istocie widok kościoła i jego wnętrza doprowadza mnie do szału, wolałem już te białe ascetyczne ściany niż tandetne bohomazy aniołków i innych serafinów... 
Inny z księży okazał się jakimś odległym krewnym mojej małżonki, zresztą i tak zanim się zidentyfikowali okazał się sympatycznym facetem. Część wizyty upłynęła na rozkminianiu rodzinnych koligacji. Kotojka miała w rodzinie dość znanego księdza, obaj jak się okazało mieli jedno nazwisko.
Inny, młody dość człowiek, zaskoczył nas stwierdzeniem że nie chce żadnego "co łaska", bo młodym (wtedy nam) bardziej się pieniądze przydadzą...
A kiedyś w czasach dziecięcych pamiętam księdza, którego Babka poczęstowała śledziami... głodny musiał być chłopina, bo zapamiętał sobie te śledzie i za rok, gdy ponownie mu je zaproponowano, rozpromienił się i stwierdził, że oczywiście skosztuje, bo od zeszłego roku nie jadł tak dobrych śledzi...

Nad sensem tych wizyt współcześnie zastanawiają się chyba i sami księża. Załóżmy, że kapłan ma zaliczyć ileś tam bloków, czyli w praktyce wpaść do każdego mieszkania na około 10 minut, odklepać zdrowaśkę, machnąć kropidłem i zabrać kopertę. Bo przecież inaczej księża musieliby latać cały rok, by zrealizować założenia tak zwanego "po kolędzie", wedle kanonu 529 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który mówi:

"Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznawać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza w niepokojach i smutku, oraz umacniając ich w Panu, jak również - jeśli w czymś nie domagają - roztropnie ich korygując."

W mniejszych parafiach może się to i udaje, proboszcz jak będzie miał dobrą wolę to pozna tych parafian, na tyle że będzie znał te troski. W dużych pozostaje im rutyna według scenariusza opisanego wyżej.

A generalnie utarło się, że księża do parafian chodzą dla kasy...


3 komentarze:

  1. :-) to ja sobie wspomnę "gościnną" kolędę u kolegi a którym projekt robiłam. Wpadłam do kolegi i niechcący trafiłam na kolędę, bo to sąsiednia parafia, u nas dawno było po. Sensu nie było wracać więc u nich zostałam. Przyszedł starszy ksiądz, jak zobaczył dzieciny to natychmiast wyjął z kieszeni cukierki, tylko się pomodlił, jak jedna dziecina z tryumfem przytargała nocnik, zdjęła majci, usiadła i rozkazała - teraz opowiedz mi bajkę. Nooo , pomyślałam , ciekawe jak jegomościu wybrnie, spoko, umiał nawet dwie bajkii jeszcze piątkę na koniec "nocnikowemu" przybił

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie będę się wypowiadać, bo mam z nimi pod górkę, więc obiektywna nie będę, powiem tylko, że postępowanie wielu wielebnych powoduje właśnie, że ludziom do kościoła nie po drodze...

    OdpowiedzUsuń
  3. To bardzo indywidualna sprawa - kto kogo przyjmuje w swoim domu. Dlaczego ksiądz po kolędzie przeszedł bokiem obok Twego/Waszego domu, wiesz/wiecie Wy i ksiądz. A jeśli nie wiecie, to najprostsza droga spytać samego księdza. My tu na blogu możemy jedynie dywagować.
    Przez 43 lata co roku przyjmowałam w swoim [naszym] domu księdza po kolędzie i mogę dać świadectwo, że trafiali się różni kapłani. Ksiądz to człowiek, a każdy z nas ma różny temperament, różne nastroje i różne humory. Przez 10 minut pobytu księdza u nas, z czego 5 minut to modlitwa, warto wykazać życzliwość i szacunek dla gościa. U nas decyzją biskupa opolskiego księżom po kolędzie nie wolno brać pieniędzy. W sąsiedniej wiosce proboszcz parafii zamierzał wyłamać się z tej decyzji. Wierni donieśli do biskupa i proboszcz dostał reprymendę,a potem mocno tłumaczył się z ambony na co chciał przeznaczyć zebrane pieniądze, ale zakazu musiał dotrzymać.
    Zarówno w diecezji gliwickiej jak i opolskiej [a może także w innych diecezjach w kraju] ludzie już nie mogą zarzucać księdzu, że przychodzi po kolędzie po pieniądze. Czy to zamknie usta antyklerykałom? Przypuszczam, że nie, bo "jak się chce kogoś uderzyć, to kij zawsze znajdzie się pod ręką". NIE MA OBOWIĄZKU przyjmowania księdza po kolędzie. Może lepiej nie przyjąć niż potem obgadywać???

    OdpowiedzUsuń