sobota, 8 kwietnia 2017

Ludowizna z Warmii i Mazur

W sierpniu 2014 odbyliśmy niezapomnianą wycieczkę z przyjaciółmi do Giżycka. Opisałem wtedy niemal ją całą, na poprzednim blogu, stwierdziłem że tych wpisów nie będę już powielał, ale niczym z puzzli odtworzę sobie poszczególne jej etapy. 29 sierpień to wizyta w twierdzy Boyen, ale ja zaprowadzę was do koszar, gdzie w jednej z sal była wystawa "ludwizny". Wystrugane i narysowane postacie z legend warmińskich i mazurskich były mi wtenczas nieznane, znalazłem tylko jakieś ogólniki, ale dziś znalazłem bloga, którego autorzy odkurzyli je z kart książki badaczki takich mazurskich klimatów Jadwigi Tressenberg. Trochę więc pasożytując na ich odkryciu, wrzucam swoje zdjęcie do zapisanych (przepisanych?) przez  Nich treści:

Na początek, Czarny Pies z Regułówki...



"Służbie w Regułówce nie było lekko.
I wcale nie dlatego, że pan Buchholz był groźny, czy pani krzyczała, wcale nie.
Było źle z powodu psa.
     Czarny pies pojawił się zupełnie nagle, znikąd. Był duży, z lśniącymi ślepiami i wiecznie wysuniętym, czerwonym jęzorem. Co chwila ukazywał kły i marszczył skórę na pysku, ale nikt nigdy nie słyszał jego głosu.
Pies bezszelestnie był tam gdzie najmniej się go spodziewano. Tym razem za plecami dojarki, która kilka kubków świeżego mleka odlała do ukrytego w trawie dzbanka. Dla dzieci. Psia stwora jednym uderzeniem łapy wywróciła dzbanek z mlekiem.
     Bywało, że mała rączka wyciągnie się sama, chwyci złocistą bułeczkę z parapetu piekarni, schowa za pazuchę, gdy coś chwyta z tyłu za porcięta, a buła wpada do błota. Po chwili wszystko znika, a w brzuchu robi się taka sytość, że zbiera na mdłości.
     I z prosem podobnie. Napełniony na klepisku kosz, przykryty dla niepoznaki liśćmi łopianu znika, a w tym miejscu pojawia się groźny psi łeb.
     Pan Buchholz wysłuchał skarżących. Wreszcie sięgnął do sakiewki, wyciągnął miedziaki i rozdał poszkodowanym , zapewniając, że żadnego psa nie ma, ale do pilnowania porządku zatrudni stróża podobnego do psa. A stróż będzie pilnował porządku do czasu, aż ludzie zrozumieją, że samowolne branie nazywa się złodziejstwem.
     Rozwiązanie zagadki przyszło wraz z murarzami, cieślami i cudacznym malarzem, który nie zdejmował czarnej peleryny nawet w żar południa.
Ceglaną czerwień budynku pokryto bielą, w narożnym pokoju wyjęto okna i zamurowano otwory cegłami, pomalowano go na czarno i wymurowano stół jak ołtarz na którym, dla zmyłki, Biblię układano.
     Nie było już żadnych wątpliwości, że pan zaprosił diabła i jego sługi do współgospodarzenia majątkiem.
     Pana widziano rzadko. Pobladły, z oczami zwróconymi gdzieś w odległą przestrzeń, kiwał tylko ręką na powitanie.
     - Można żyć nawet z diabłami pod jednym dachem, jakieś ciche, nie zawadzają - stwierdziła kucharka.
     - Bo to jest nasz, a nie cudzoziemiec - ze znajomością rzeczy uzupełniała dojarka. - Ot popłata figle, czasami postraszy i to wszystko.
O czarnym psie, który przestał się pojawiać w obejściach, nikt nie wspominał ani słowem.
Ludzie zajęci codziennością przestali się interesować niezwykłościami, jakie czasami pojawiały się we dworze. Podobnie jak odeszła im ochota na to co dworskie.
     Pewien staruszek, po wielu latach, tłumaczył, że pan przystał do masonów, którzy kumali się z diabłem. Dał im komnatę, naustawiał masońskich cudeńków, a Biblię położył dla zmylenia, że to niby po Bożemu.
     - Taka to jest najprawdziwsza prawda - zakończył, napychając krojonymi liśćmi machorki wiekową fajkę."

tekst zapożyczyłem sobie z bloga: http://pozytywnimy.blogspot.com


4 komentarze:

  1. Cudowny ten pies ze zdjęcia :-)))
    Świetny maszkaron...
    A bajka jeszcze lepsza... :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. faktycznie fajny ten piesodiabeł, ale nie chciałbym go w mieszkaniu

    OdpowiedzUsuń
  3. Jęzor i zębiska przerażające, to fakt...ale w podaniach i legendach takich wiele.

    OdpowiedzUsuń
  4. ja tam się boję :P wcale mi się nie podoba ;)

    OdpowiedzUsuń