wtorek, 3 października 2017

Odchodzenie

Zmarł Tom Petty, wokalista znany głównie w latach 80, czasach kiedy na muzykę i film byłem najbardziej chłonny. Wokalista ten był niezbyt lubiany przez rockmanów ze względu na nieco "znudzony" głos.
Ogólnie znanym numerem Toma było "Into the Great Wide Open", z teledyskową historią o niewdzięcznym hollywoodzkim kopciuszku z Johnnym Deppemi i Faye Dunaway w rolach głównych. Podobał mi się, a jakże, ale moim numerem jeden na zawsze pozostanie "Mary Jane's Last Dance".  
Być może niestosowne się wyda przywoływanie akurat tego teledysku, którego kanwą jest jakiś fikcyjny nekro romans. Bo tu po ustaniu pracy kamery ekipa pójdzie do domu, a nie do ziemi. Ale nigdy nie zwykłem ze śmierci robić przesadnego fetyszu, więc napiszę o Tomie tak jakby żył.


Nieboszczkę wypożyczoną do domu gra Kim Basinger i chyba była to decyzja Toma, żeby akurat ta aktorka ją zagrała. Uważał po latach, że zarówno klip, jak i piosenka jest jedną z lepszych rzeczy, w jakie udało mu się zrobić. 

W niepamięć poszła także "supergrupa", Traveling Wilburys, w skład której wchodziły takie tuzy jak George Harrison, Bob Dylan, Roy Orbison, oraz gitarzysta Electric Light Orchestra Jeff Lynne. Tak się złożyło, że w tym składzie zespół zagrał tylko jedną płytę, bo na zawał w tym samym roku, kiedy powstała umiera Roy Orbison. 
No tak znów o tym umieraniu...
Ale taka kolej rzeczy nawet dla dobrych muzyków i wybitnych artystów...

9 komentarzy:

  1. Niestety, mnie bardzo zasmuciło odejście pana Michnikowskiego, ale przynajmniej 95 lat dożył. Najgorzej, gdy nagle odchodzą ludzie młodzi lub u szczytu kariery...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie tu już nie ma takiego niepokoju. Petty miał 66 i wrócił z trasy koncertowej.

      Usuń
    2. 66 to jeszcze nie starzec...

      Usuń
    3. Miałem na myśli Michnikowskiego.

      Usuń
  2. Podobno;
    "wszystko na świecie przemija powoli;
    pamięć o szczęściu i o tym co boli..."
    Czytając Twoją notkę nasunęła mi się taka myśl;
    celebryci mają nie tylko "głośne" życie, ale też "głośną" śmierć.
    Zaś "prostaczkowie" przemijają bezgłośnie. Skojarzyło mi się to z wierszem M.Konopnickiej;
    "A jak poszedł król na wojnę,
    Grały jemu surmy zbrojne,
    Grały jemu surmy złote
    Na zwycięstwo, na ochotę...

    A jak poszedł Stach na boje,
    Zaszumiały jasne zdroje,
    Zaszumiało kłosów pole
    Na tęsknotę, na niedolę..."

    Moim zdaniem- każda śmierć przychodzi nie w porę, dlatego często bywa zaskoczeniem. Zwłaszcza dla najbliższych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, trudno wymagać, żeby śmierć kogoś kto nic ogółowi nie dał, wstrząsnęła ogółem. Ale...

      Chaos nade mną i chaos pode mną
      Dla wszystkich prócz mnie jest mozaiką tajemną
      Ukrytych zamiarów, przeznaczeń i czarów
      Gdy ciemność
      Pochłania jednako i plebs i Cezarów

      Usuń
  3. Tyle jest muzyków i muzyki na którą nie zwróciłam uwagi , gdzieś tam umknęło...
    Człowiek stanowczo za krótko żyje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stanowczo za dużo jest muzyki w stosunku do tego życia.

      Usuń
  4. Nie lubię takich chwil jak ta. A jeszcze bardziej nie lubię chwil, gdy dowiaduję się, że zmarł jakiś muzyk, którego muzykę jakoś szczególnie lubiłem. Akurat Tom Petty to nie moja muzyczna bajka, jednak na pewno kiedyś słyszałem świadomie lub mniej świadomie co najmniej kilka z jego utworów. Czasem po prostu trudno domyślić się kto śpiewał, a i sprawdzić na szybko też może się nie dać.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń