sobota, 28 kwietnia 2018

Cywilizacja śmierci

Owego określenia, bardzo drażniącego niektóre środowiska użył Jan Paweł II w kilku encyklikach. Jako facet inteligentny, dostrzegał pewne zależności między współczesnymi ideologiami, a faktem, że społeczeństwa europejskie są społeczeństwami starzejącym się. Starzejącymi znaczy wymierającymi. Powodem takiego stanu, jest przewartościowanie ludzkiego życia, idące w stronę hedonizmu, egoizmu, negowania wartości, które determinują rozwój.
Nawet śmierć bywa różnie wartościowana, mnie osobiście dziwi, że sarna lub drzewo stoi w hierarchii wyżej niż ludzki zarodek... Ba, dla Magdaleny Środy stoją od niego wyżej nawet muchy i komary. Dla niej "kultura śmierci też ma swój, inny wymiar...

" "kulturą śmierci" można nazwać nasze codzienne życie. Żywimy się zarzynanymi zwierzętami, nie dbając o ograniczenie ich cierpień, eksperymentujemy na żywych istotach, radośnie zabijamy na polowaniach, katujemy (zwłaszcza na wsi) zwierzęta domowe i gospodarskie, walimy ręką w muchy i komary, które milionami tracą życie."
 (Wyborcza.pl "Tzw. Kultura Śmierci")

A propos tego zarodka, czy też zygoty, która broń panie Marksie nie jest człowiekiem. Ostatnio jakoś mi przyszło do głowy, że mój problem w zrozumieniu tej różnicy polega na tym, że ja, widząc na zdjęciu USG małą "fasolkę", jak nazwał to lekarz, od początku myślałem o dziecku. Po powrocie z badań żartowaliśmy że jest to pierwsze jego zdjęcie.
Gdybym był złośliwy, stwierdził, że człowieka na takim zdjęciu nie widzą ludzie bez wyobraźni, ale byłoby to uproszczeniem. Oni nie mają woli, by to dostrzec, stąd to uporczywe trzymanie się ściśle biologicznego i całkowicie bezdusznego pojęcia zygota. 
To jest właśnie objaw braku szacunku dla życia, które musi ustąpić przed czyjąś wygodą, strachem lub zwyczajnym egoizmem.
Przywołałem Marksa nieprzypadkowo. Mam wrażenie, że filozofia tegoż, w połączeniu z Sartrowskim liberalnym egzystencjalizmem zdeterminowała na długie lata pojęcia związane bardzo wygodnym powiązaniem wolności jednostki z ograniczaniem jej do zera dla tych którzy "głosu nie mają", zgodnie z ideą że zdecydują za nich silniejsi, czyli ci którzy zdolność artykułowania już nabyli. Taka całkiem bezpieczna "walka klasowa". 
Być może niektórzy z czytelników, którym chciało się przebić przez gatunkowy ciężar notki, dostrzegą w tym momencie związek ze zmarłym w nocy chłopcem z Wielkiej Brytanii. Nie znam sprawy, nie będę szafował frazesami, że to właśnie jest przykład cywilizacji śmierci, w przypadku życia, które jest utrzymywane sztucznie mam mieszane uczucia i wrażenie, że nie o to w szacunku do życia chodzi. Jednakowoż prawo, które nie pozwala rodzicom w tych ostatnich momentach pokierować sprawami swego dziecka, nie jest prawem dobrym, ogranicza czyjąś wolność. 
W jednym M. Środa ma rację w swoim artykule. Śmierć towarzyszy nam od zawsze, ma wymiar wielopłaszczyznowy. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że jest dla ludzkości fetyszem. Dlatego próba jej wszelkiego usankcjonowania jest zła, a krytyka wskazana! Całościowa a nie wybiórcza.

P.S. Chciałem napisać coś fajnego, żeby wszyscy się ze mną zgodzili i było fajnie na blogu. Niestety dopadły mnie problemy zdrowotne, raczej przewlekłe gówno i takie mi zaczęły myśli chodzić po głowie. Poza tym John Kenneth Galbraith stwierdził kiedyś, że "W ekonomii większość się myli", który to cytat utwierdził mnie w przekonaniu, że nie trzeba się przejmować odmiennym zdaniem większości, ani odnosić cytatu tylko do ekonomii...

piątek, 27 kwietnia 2018

Strzeż się egzorcysty.

Rzeźba z muzeum diabłów w Kownie na Litwie


Każdy chyba wie co to egzorcyzmy i po co się je przeprowadza. Różne mogą być interpretacje tej czynności. Dla jednych będzie to wyganianie złego ducha, dla innych coś bardziej mieszczące się w ramach kuracji psychologicznej. Skłaniam się do tej drugiej opcji, zarówno opętanie, jak i skuteczność egzorcyzmu tkwią w głowie ofiary. Zresztą umieszczono je jako jednostkę chorobową w ICD-10 w światowym rejestrze chorób. Kościół początkowo protestował, że im się konowały na ich poletko ładują, ale w końcu przyznał, że jest coś takiego jak opętanie fałszywe dla psychiatrów i prawdziwe dla egzorcystów. Ostatnimi laty liczba egzorcyzmów wzrosła drastycznie (podobno z 4 rocznie do ponad 100, według innych źródeł to egzorcystów było kilku a teraz jest ich ponad 100), choć nawet kościół woli je już na wzór fachowego nazewnictwa nazwać terapią alternatywną. W praktyce egzorcyzm to rodzaj liturgii, egzorcysta sam lub w towarzystwie modli się o wygnanie z ofiary złego ducha. 
Dotarłem do kościelnej instrukcji owego obrzędu. Nie widać w niej nic zdrożnego, jedyna rzecz która mnie rozśmieszyła to tzw. ex-sufflatio - polega ono na tym, że podczas błagalnej formuły, w której kapłan zwraca się do Ducha Św. by wypędził diabła, przy okazji... dmucha na opętanego. Czyżby diabła można wydmuchać, jak zawartość jajka z wydmuszki?
Oprócz koncesjonowanych kościelnych egzorcystów działają egzorcyści świeccy. Jedni i drudzy nie przepadają za sobą, ci pierwsi działają podobno darmo, a warunkiem udanego egzorcyzmu, jest nie branie żadnego co łaska, ci drudzy mają swoje cenniki. Poszperałem po forach i znalazłem info, że jest to gdzieś 300 - 400 zł. 

Przy okazji znalazłem rzecz, która wylała się z przepastnego garnca wiedzy wszelkiej GW, spłodzona przez dziennikarzy Dużego Formatu.

Otóż niejaka Irena z środkowej Polski, była nękana nie przez złego ducha, ale przez... egzorcystę. A nawet kilku. Była ponoć poddawana egzorcyzmom przez wiele lat (sic!) podczas których była przywiązywana do kaloryfera, księża kładli się na niej (?) i wcierali w miejsca intymne święte olejki (W KK używa się wprawdzie świętych olejków do sakramentów chrztu, bierzmowania i namaszczania chorych, ale pierwsze słyszę o egzorcyzmach)    
Następny egzorcysta sadysta wkładał jej krzyż do ust, oblewał zimną (ale święconą!) wodą  i przywiązywał pasami do krzesła... Nie będę się rozwodził nad gehenną Ireny, jak ktoś ma ochotę czytać te bzdety, może skorzystać z linku Jak ksiądz zgotował piekło nastolatce , albo jak Wilk pożarł Czerwonego Kapturka, gdyż w takiej formie jaką podają ją dziennikarze GW relacja ma podobną wiarygodność. 
Sprawa ewidentnie podpada pod prokuraturę i po zweryfikowaniu, czy "Irena" mówi prawdę dziennikarze powinni ją zgłosić, tym bardziej że w Toruniu toczy się podobna, nie mająca dodatkowo znamion pedofilii. Tymczasem jest opowieść jakiejś Ireny, nie wiadomo skąd, z jakiej parafii i o jakiego księdza chodzi, 100 % anonimowości wszelkich postaci i miejsc, a co za tym idzie, istnieje podejrzenie, że cała sprawa narodziła się w czyjejś głowie, a może brudnym dziennikarskim palcu. Wianuszek komentatorów, oprócz może dwojga zadających trzeźwe pytania, czyta to z rozdziawioną gębą i już wie, że kościół to zboczeńcy i ciemnogród. 

O przeprowadzonym publicznie egzorcyzmie opowiadała mi dawno temu babka. Teraz chyba nie jest dozwolony taki obrzęd publicznie, kiedyś jak się doczytałem nie wymagał od księdza specjalnego przygotowania, w przeciwieństwie do egzorcyzmu zamkniętego. Księdza wezwano do człowieka, który tarzał się po ziemi, bluźnił i ciekła mu ślina z ust. Ksiądz tym razem podobno pomógł.

Źródła: Focus - Polska choruje na egzorcyzmy
Wprost - Dramatyczna relacja nastolatki

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Spóźniony ekspert komisji Macierewicza

Jest sobie taki przebrzmiały nieco piosenkarz, jak Andrzej Rosiewicz. Generalnie lubię p. Rosiewicza, bo w pewnym sensie przypomina mi dzieciństwo... Żal się zaczyna jak kolejny gwiazdor, czy to będzie Pan Kleks, czy Janek Kos, czy w końcu Andrzej radarowiec zacznie się wypowiadać na temat polityki.

"Wysoki sądzie przyznać wypada, owszem zeznaję zjadłem sąsiada..."

No właśnie, po występie p. Rosiewicza w programie "Skandaliści", stwierdziłem że sąsiad musiał mieszkać bardzo na prawo. Zjadanie ludziny w ogóle ma fatalne skutki, a według wierzeń różnych ludów praktykujących kanibalizm, ludojad przejmuje jakieś cechy swej ofiary. Jednym słowem potraw z niektórych należy się wystrzegać. 
Było też poważnym błędem prowadzącej spychanie dyskusji na tematy polityczne. Czyż do cholery nie można było poprzestać na chłopcach radarowcach, czy innej cha-chy? Trzeba było dojść aż  do wspaniałej pieśni o Antonim Macierewiczu? Gdyż nasz estradowy artysta nie dość, że jest kolejnym wysoko cenionym specjalistą od katastrof lotniczych, ma też niezwykle wysokie mniemanie o Antonim Macierewiczu. (Tak jak niegdyś o Gorbaczowie)

"Żeby bezpieczna była Polska, Antek przystojnych porywał do wojska. Byłem pierwszy na liście i Antka porwali. I kto mnie teraz porwie, i kto mnie ocali?"

Zauważyłem że Antoni jest bardzo wdzięcznym tematem piosenek, wspominając choćby dzieło Big Cyca "Antoni wzywa do broni"...
No ale do rzeczy. Rosiewicz miał wiele czasu na przemyślenia i o zamachu jest przekonany. Tak jak o niezłomnym dążeniu Antoniego do prawdy o tymże zamachu. Generalnie przecież "nawet głupi Jasio zrozumie, że samolot wojskowy, który jest wzmocniony, ścina pół hektara lasu i nic mu się nie dzieje."

I tu pora na mój nowatorski pomysł. Skoro Bruksela zakazała wycinki Puszczy Białowieskiej, należy zrzucić tam samolot. Ze dwa razy i od razu zetnie hektar lasu, przecież nic mu się nie stanie, a jaka to będzie okazja dla powołania kolejnej komisji...







niedziela, 22 kwietnia 2018

Bajka nie bajka...

Dziś niedziela, temat całkowicie luzacki. Rodzinny spacer. 
Zaczynając sielankowo:
Poszliśmy onegdaj nasłonecznionym miastem przed siebie trzymając się za ręce... Rozprawialiśmy o wszystkim i niczym, zjedliśmy loda i hamburgera w burgerowni, dochodząc do wniosku, iż jest to pierwszy i ostatni hamburger w tym miejscu. Nie żeby był zły, ale czekanie pół godziny na bułę z kawałkiem chabaniny, to zbyt wiele...
I dużo gadaliśmy...

O fryzjerach.

 O prawdopodobieństwie zagubienia się w osiedlowym lasku...

O tym, gdzie kto mieszka, dlaczego właśnie tutaj i czemu się nie wyprowadził...

Poza tym poruszaliśmy bardzo dużo innych bardzo ważnych zagadnień:

Kim jest hipoteta?
Od razu zaznaczam, że nie doszliśmy do konsensusu nad znaczeniem tego słowa. Syn umieścił go znaczeniowo w bezpośrednim sąsiedztwie hipokryty, ja zaś wysnułem teorię, iż jest to człek często wysuwający różne hipotezy... Pasowało do mnie, a że młody jednak upierał się przy hipokrycie, co do mnie (według mnie) nie pasuje - porzuciliśmy temat na rzecz innych filozofii...

O nosaczu Januszu Sundajskim..., Ooo tu się rozsypał worek opowieści. Np. co to jest małping.

Małping... Hmm to trzeba by pokazać. Polega na... małpowaniu rzecz jasna. Gdy było nas dwóch i jeden naśladuje drugiego - jeden z nas uprawia właśnie małping. A jak nazywa się człowiek uprawiający małping? Małpinger.

Wracając do Janusza, internetowe memy wiążą go w parę z żoną Grażyną, synem osiedlowym Sebiksem i/lub w różnych konfiguracjach Karyną (dziewczyną Sebiksa, albo córką Janusza). Cała rodzina to przedstawiciele grupy niezbyt wyrafinowanego intelektualnie społeczeństwa. Co ciekawe, każde pokolenie ma jakiś taki dopasowany imiennie stereotyp. Za moich czasów (he he) okolicznych pijaczków i żulików nazywało się "Jankami". Coś było na rzeczy - kolega radził przeprowadzenie testu  - wyjście na park, lub w pobliżu okupowanej przez meneli ławeczki i zawołanie na głos: "Jaaaneeek!!!"  - "Zobaczysz, obejrzy się co najmniej kilku..." - twierdził.

I tak dalej... A niebo było niebieskie. A miasto było rozleniwione. Reżimowy rząd zamknął sklepy i naród błąkał się bez celu, spożywając lody, albo leniąc na ławkach i ławeczkach...



czwartek, 19 kwietnia 2018

Opresyjne państwo wyznaniowe

Generalnie każdą nawet najfajniej brzmiącą ideę można sprowadzić do reżimowej ideologii. Czytelnicy odwiedzający mój blog widzą dobrze o moim sceptycyzmie jeśli chodzi o importowanie i wdrażanie na grunt Europejski różnych urozmaiceń kulturowych, zwłaszcza muzułmańskich. Tak samo jak o tym, że za kluczowy element kultury europejskiej uważam katolicyzm (chodzi mi o wartości jakie ze sobą niesie, a nie przymus wiary w Boga).
Od jakiegoś czasu obserwuję media zagraniczne, które w zupełnie innym świetle stawiają zarzuty o tworzenie państwa wyznaniowego w Polsce. Gdyż podobnie, a może jeszcze bardziej opresyjnie poczyna sobie poprawny politycznie i do granic absurdu tolerancyjny Zachód Europy... Ale najlepiej przykład zaczerpnąć u źródła.

Sprawa nie jest wprawdzie nowa, wydarzenia miały miejsce 5 lat temu, ale zaczniemy od niej, gdyż pokazuje pewną ewolucję podejścia do tematu.
Rzecz miała miejsce w Anglii, w miasteczku o nazwie Hundintgton, gdzie w miejscowej szkole zorganizowano uczniom wycieczkę na uniwersytet w Staffordshire na warsztaty religijne na temat islamu. Problem się zaczął, gdy kilkoro rodziców, stwierdziło że nie ma ochoty na to, by ich dzieci (warsztaty zorganizowano dla 4 i 6 latków) brały udział w tej wycieczce. Wrzask podniosła wychowawczyni klasy obciążając rodziców owych dzieci kosztami wycieczki, oraz grożąc wpisaniem do ich akt czegoś o nazwie "racial discrimination note", czyli noty zarzucającej im dyskryminację na tle rasowym. 

W "Daily Telegraph: opublikowano cały list, wysłany do rodziców dzieci, którzy nie mieli ochoty na warsztaty religijne:


Dear Parent/Carer,

As part of the National Religious Education Curriculum together with the multicultural community in which we live, it is a statutory requirement for Primary School aged children to experience and learn about different cultures.
The workshop is at Staffordshire University and will give your child the opportunity to explore other religions. Children will be looking at religious artefacts similar to those that would be on display in a museum. they will not be partaking in any religious practices.
Refusal to allow your child to attend this trip will result in a Racial Discrimination note being attached to your child's education record, which will remain on this file throughout their school career.
As such our expectations are that all children in years 4 and 6 attend school on Wednesday 27th November to take part in this trip.
All absences on this day will be investigated for their credibility and will only be sanctioned witha GP sick note.
If you would like to discuss this further please contact our RE Coordinator, Mrs Edmonds.

W zasadzie ów liścik do wytłuszczonego momentu to lanie wody o nauce o innych kulturach, o tym jaką tą unikalną możliwość ich poznania daje wyjazd na wycieczkę, do momentu kiedy przywala się rodzicom groźbą sankcji w przypadku odmowy udziału dziecka w wycieczce, przez ową rasistowską łatkę, która ma ciążyć na dzieciaku przez całą szkolną karierę.
Drugi wytłuszczony fragment mówi o tym, że tylko zwolnienie lekarskie usprawiedliwia nieobecność dziecka na wycieczce.

Co się zmieniło przez 5 lat?

Proszę bardzo kolejny artykuł z kwietnia 2018 roku:


Mowa jest tam o rezolucji jaką wystosował Związek Zawodowy Nauczycieli w Anglii, do rządu, w celu podjęcia kroków ograniczających rodzicom możliwość nie posyłania dzieci na lekcję religii. Ale uwaga, nie chodzi o każdą religię, tylko wiedzę o Islamie, gdyż w zasadzie te lekcje napotykają na największy opór. 

Tutaj kilka słów entuzjasty tego pomysłu Richarda Gryffitha z londyńskiego związku nauczycieli.:

"odosobnione przypadki" kiedy to naprawdę przekonania religijne są powodem nie posyłania dziecka na religię, różnią się od przypadków kiedy rodzice kierując się uprzedzeniami, takimi jak islamofobia, czy antysemityzm, decydują się na wycofanie dzieci z pewnych lekcji, lub wizyt w miejscach kultu, co obniża możliwości szkoły w przygotowaniu dziecka do życia we współczesnej Wielkiej Brytanii". 

Co dalej? Departament edukacji bije brawo.

"Dobrej jakości wychowanie religijne może rozwinąć wiedzę dzieci o wartościach i tradycjach Wielkiej Brytanii oraz pomóc w rozwijaniu zrozumienia między różnymi religiami i kulturami” – powiedział z kolei rzecznik Departamentu Edukacji.

Więc za kilka lat, Brytyjczycy będą znali lepiej nauki proroka, niż swój rodzimy (od kilkuset lat, bo nie mówię wszak o religii celtyckiej) protestantyzm. Oczywiście można to uznać za naturalny element ewolucji społeczeństw, nowe wypiera stare. Tyle że to nowe nie rysuje się w różanych barwach, wystarczy sprawdzić jak kwestie tolerancji wyglądają w krajach arabskich. Słyszał kto, żeby gdzieś prowadzono tam lekcje religii o chrześcijaństwie? 

wtorek, 17 kwietnia 2018

Rodzino do urn!

Od razu na początku powiem że "pomysł głosowania rodzinnego Gowina", z którego rży pół internetu i cała opozycja, rozbawił i mnie. Natomiast niektórym by pewnie zrzedła mina, gdyby wiedzieli że to pomysł liberałów, o którym kiedyś pisała z entuzjazmem nawet Gazeta Wyborcza. (To tłumaczy zresztą jego bzdurność. :))


Pomysł, który wykluł się w Niemczech jeszcze w 1910 roku nabrał konkretnego wymiaru w Stanach Zjednoczonych w roku 1986, za sprawą demografa Paula Demeny i był rozpatrywany w wielu państwach. Wrócił nawet "do kolebki", Niemiecki Parlament zajmował się nim w latach 2003-2008 w ramach programu Kinderwahlrecht (ciekawe czy też się wszyscy tak brechtali). Podobne rozwiązania proponowano mniej więcej w tym samym czasie w Japonii, Węgrzech i Kanadzie. W praktyce na dziecko przypadałoby pół głosu, od rodzica, w razie gdyby różnili się poglądami. Zastanawiam się, czy w takim wypadku wygrana o pół głosu, mogłaby się liczyć jako pełne zwycięstwo. :)
Pomysł stał się popularny w ramach walki tzw. gerontokracją. To greckie określenie oznacza dosłownie rządy starszyzny, więc nic dziwnego że rozpatrują go państwa, o starzejących się społeczeństwach. Poza tym tkwi w tym haczyk - dziadkowie to na ogół konserwa polityczna, więc osłabienie ich głosu jest na rękę partiom postępowym. Zauważono w końcu, że "Demeny Voting" narusza demokrację, która zakłada prawidło - jedna osoba, jeden głos. W praktyce mechanizm zapewne trudno byłoby kontrolować, dlatego nikt jak do tej pory nie zdecydował się na jego wprowadzenie.
W USA jednakowoż, postulaty takie jak obniżenie wieku wyborczego i rodzinne głosowanie to temat debaty społecznej - nie dalej jak w lutym 2018 w Washingtonie odbyła się manifestacja uczniów wyższych uczelni w ramach kampanii przeciwko przemocy z użyciem broni palnej. "Demeny Voting" dałoby ich rodzicom dodatkowy głos za zaostrzeniem przepisów kontrolujących dostęp do broni i część stanów skłania się ku poparciu takiego rozwiązania. I znów jest to postulat liberałów i lewicy, którzy zresztą tego samego chcą w Europie.
U nas działałoby to pewnie inaczej, do wyborów rzuciliby się beneficjenci 500+, przerażeni wizją odebrania świadczeń. Czyli już niektórzy dostrzegają w całej aferze przebiegłość i głupotę PISu (niepotrzebne skreślić). 
A jednak to za sprawą Unii Wolności a nie PISu "Demeny Voting" trafiło do Polski, gdzie jego propagatorem był Andrzej Wielowieyski z tejże partii. A w jakiej frakcji europejskiej znalazła swe miejsce UW? Podpowiem - Partia Europejskich Liberałów, Demokratów i Reformatorów (tak jakoś w skrócie).






poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Zen, Jezuici i De Mello

W zasadzie nie będę tłumaczył tu dogłębnie pojęcia Zen jako praktyki, ani Zazen jako medytacji, oprócz tego, że nie chodzi tu o jakieś skomplikowany system filozoficzny, tylko pewnego rodzaju oświecenie, polegające na określeniu siebie i otoczenia, bez stawiania sobie zbyt wyrafinowanych pytań (tak pi razy drzwi, bo Zen nie ma jakieś zamkniętej definicji). Bardziej zainteresowała mnie polemika, czy chrześcijanin może praktykować Zen. 
Okazuje się, że i tak i nie.



Do praktykujących Zen chrześcijan należą niektórzy Jezuici, Zazen jest dla nich formą modlitwy. Anthony de Mello, poprzez którego książki zetknąłem się pośrednio z Zen, również był Jezuitą. Wydane przez niego książki - "Śpiew Ptaka" i "Modlitwa Żaby" to zbiory bajek i przypowieści z różnych kultur, opatrzonych komentarzem autora, które rozważania nad sensem istnienia sprowadzają do podstawowej wartości - wolności. 
Wolność ograniczają przywiązanie do żądz, nawyków, fałszywych przekonań. W książce znajduje się kilka przykładów ślepej wiary jako fałszywego przekonania. Pojęcie dobrej i złej religii.

Człowiek jest sam, zagubiony w tym ogromnym wszechświecie. I jest pełen lęków.
Dobra religia czyni go odważnym.
Kiepska religia potęguje jego lęki.

Pewna matka nie mogła sobie poradzić z synkiem, który zawsze wracał do domu po
zmroku.
Dlatego przestraszyła go: powiedziała mu, że na ścieżce do domu pojawiły się jakieś
duchy wychodzące zaraz po zachodzie słońca.
Odtąd nie musiała mu przypominać, by wracał do domu w porę.
Kiedy jednak chłopiec urósł, tak bał się ciemności i duchów, że nie było sposobu, by
wyszedł z domu wieczorem. Wtedy matka dała mu medalik i przekonała go, że gdy
będzie go nosił, duchy nie będą mu mogły zrobić nic złego.
Teraz już chłopiec wchodzi odważnie w ciemności, mocno ściskając swój medalik.

Kiepska religia daję wiarę w medalik.
Dobra religia pozwala wiedzieć, że takich duchów nie ma.

Filozofia "Śpiewu Ptaka" określa w pewnym sensie moje przekonania. Przykład natomiast magicznego wpływu medalika powoduje, że Zen nie wszystkim się podoba. Pod adresem Jezuitów padają oskarżenia o rozmycie doktryny przez wprowadzanie do niej elementów wywodzących się z buddyzmu. Istotnie, z książek de Mello płynie dość spora swoboda w interpretacji tego czym w zasadzie powinna być wiara. 

Do akacji wkraczają również demonolodzy, m.in Ojciec prof. Aleksander Posacki:

 "W zenie charakterystyczne jest doświadczenia pustki. Jest to tzw. „medytacja bezprzedmiotowa”, jest ona pozbawiona zarówno rozumowania, jak i treści Bożego Objawienia, czyli dogmatycznej wiary, więc nie można jej równać z medytacją prowadzącą do zjednoczenia z Bogiem, jak to jest w chrześcijańskiej medytacji. Doświadczenie pustki, jakie występuje w zenie, może być formą mediumizmu otwierającego na opętanie diabelskie."

Posacki nawet na moje rozumowanie popełnia według mnie błąd już na początku. Celem Zen nie jest doświadczenie pustki, tylko rzeczywistości. Jeżeli ktoś wierzy, nie da się wyrzucić wiary z jego rzeczywistości. Potem nawiązuje do buddyjskiej demonologii, okultyzmu, choć te rzeczy w zasadzie nie mają żadnego odniesienia do Zen, chyba że symboliczne.

Ojciec Posacki pyta dalej.
Czy można porównywać Buddę z Chrystusem? Czy można zestawić oświecenie z uświęceniem? Czy zen może być chrześcijański? Czy jego przeniesienie na grunt katolicyzmu nie zmienia istoty wiary?

Pytanie czy Budda może być odpowiednikiem Chrystusa, albo czy jeden może drugiego zastąpić jest również błędne. Jeżeli bowiem zastosujemy w praktyce nauki Chrystusa, odwołujemy się w jakiś sposób do nauk Buddy, nawet nie wiedząc o jego istnieniu. 

Pewien uczony człowiek poszedł do Buddy i rzekł:
- Sprawy, o których nauczałeś, panie, nie znajdują się w świętych Pismach.
- W takim razie, ty je tam umieść - odparł Budda.
Po chwili zakłopotania człowiek mówił dalej:
- Czy pozwolisz zauważyć panie, że pewne sprawy, których obecnie nauczasz są
wręcz sprzeczne ze świętymi Pismami?
- W takim razie popraw Pisma - odpowiedział Budda.

W ONZ przedłożono propozycję poprawienia wszystkich pism religii świata.
Wszystko, co mogłoby w nich prowadzić do nietolerancji, okrucieństwa czy
fanatyzmu, miałoby być wykreślone.
Cokolwiek byłoby przeciwne godności lub dobrobytowi człowieka, miałoby zostać
opuszczone. Kiedy odkryto, że autorem propozycji był sam Jezus Chrystus,
dziennikarze oblegali jego rezydencję szukając pełniejszego wyjaśnienia.
Okazało się ono bardzo proste i krótkie: "Pisma, podobnie jak szabat, są dla
człowieka - stwierdził Jezus - a nie człowiek dla Pism".

Tu pojawia się znów miejsce na moje przemyślenia o uniwersalności doktryn wiary. Odkrycie niezależnie moralności, wykształcenie empatii i współczucia. Ale to temat do zupełnie innych rozważań.

Jak ktoś ma ochotę przyjrzeć się tematowi:
Zen a Poszukiwania duchowe
Jezuici promują łączenie Zen z chrześcijaństwem


sobota, 14 kwietnia 2018

O tym jak stałem się człowiekiem Kościoła

Dla niektórych może zabrzmi to, jakbym przyznał się do wstąpienia do mafii. :)
Inni pewnie stwierdzą, że podejrzewali mnie od dawna. :D
Ale cóż... wprawdzie katolik ze mnie taki sobie, a może nawet lichy, do KK mam wiele zastrzeżeń, ale...

Gdy przed świętami zadzwonił telefon, nie spodziewałem się księdza proboszcza, ani tym bardziej propozycji przygotowania i wygłoszeniu odczytu na mszę w intencji odzyskania niepodległości. Zagadnienie działalności kościoła podczas zaborów znałem w zarysie, znałem nazwiska księży patriotów, ich problemów z racji poglądów, nie tylko z administracją zaborczą, ale też władzami kościelnymi. 
Podjąłem się tematu i lany poniedziałek wylądowałem "za ołtarzem".:)

O i nawet fotę dziennikarze "Ziemi Sochaczewskiej" mi zrobili...


wtorek, 10 kwietnia 2018

Kanalie



7 kwietnia wystartowała w Warszawie wystawa pod tytułem "Kanalie". Dla niewtajemniczonych - są to 44 wizerunki znanych celebrytów (choć nie tylko, jakimś cudem załapał się tez ostatni żyjący Cichociemny - Aleksander Tarnawski) stylizowane na fotki z kroniki policyjnej. Tytuł wystawy - "Kanalie, zdradzieckie mordy" nawiązuje do "uniesienia" sejmowego prezesa, a jego twórcy chcieli zwrócić uwagę na przebiegunowanie pojęć: dyskurs publiczny, autorytet, patriotyzm i uczciwość.
Faktycznie, pogorszenie najzwyczajniejszych stosunków międzyludzkich jest widoczne, z tym, że zacząłem się zastanawiać, jak na ich polepszenie wpłynie ta wystawa. 
Wystawa potrwa do 15 kwietnia, czasem trwania obejmie zatem rocznicę katastrofy smoleńskiej. Ma coś jedno z drugim wspólnego? 
Słowa prezesa były zwrócone do morderców jego brata, których widział na sali sejmowej, więc może i ma. Solidaryzowanie się więc z "kanaliami" - pasuje do sprzeciwu wobec takiej retoryki. A w zasadzie nawet nie retoryki tylko napadu szału.
Pierwsze co zauważyłem to komentarze w necie, iż ludzie którzy pojawili się na plakatach są naprawdę kanaliami i dokonali, - co można przeczytać chocby w "Najwyższym Czasie",  pewnego rodzaju samokrytyki, czy też samokreślenia, a następną wystawą będą "Debile". Grubo.

Nic nie jest w stanie zagrzebać przepaści między Polakiem a Polakiem, a na pewno nie taka narracja. Z drugiej strony może rodzić się pytanie - co w takim razie robić? Nie reagować? I tu mi się coś przypomniało. 

Przypomniały mi się wypowiedzi związane z rokiem 1976. Zdrajcy Ojczyzny. Wichrzyciele i warchoły. Tak władza określała protestujących.
Zastanawiałem się czy którykolwiek z aktorów, którzy wtedy robili swoje kariery, byli u szczytu sławy dał jakiś wyrazisty znak i solidaryzował się z takim zapałem ze zdrajcami, warchołami i wichrzycielami jak dziś z kanaliami i zdradzieckimi mordami. 
Dziś można wszystko - protesty nie pociągają za sobą żadnych konsekwencji - nie łamią karier, nie uniemożliwiają podjęcia pracy. W zasadzie jest to sposób ba pojawienie się gdzieś, środek wyrazu, który się dewaluuje - nie robi wrażenia. A mimo to celebryci biorący udział podobnych eventach, udzielający wywiadów pozują na jakieś ofiary systemowe, jakby działa im się wielka krzywda. Budzi to mimo wszytsko we mnie pewien niesmak.



Czytam też że drugiego dnia ktoś wystawę zniszczył. Od razu przypomniał mi się Daniel Olbrychski (jeden z 44) szarżujący z szablą na "Nazistów". Tak! Była kiedyś taka wystawa, która stała się głośna dzięki panu Danielowi, który z nazistami nie chciał się utożsamiać, choć obecnie słowo to również jest używane w społecznym dyskursie do ochlapania przeciwnika. 

niedziela, 8 kwietnia 2018

Mądrość absolutna

Bardzo się zdziwiłem notką mojego blogowego kolegi, Asmodeusza, który śledząc od kilku lat wszelkie przejawy głupoty wśród prawicy, nie doszukał jej się wcale w wypowiedziach liberałów, a bohaterami swojej notki o niby liberalnych intelektualistach uczynił ludzi, którzy tak naprawdę są średnim przykładem liberalizmu. Dziwi mnie to tym bardziej, że liberalni w większości są celebryci, liberalne są środowiska naukowe, mamy też sporą liczbę liberalnych dziennikarzy i gdybym naprawdę chciał się zająć ich różnymi wynurzeniami, miałbym możliwość napisania epistoły grubości książki telefonicznej. 
Nie zrobię tego, bo rzadko te brednie czytam i nie mam tyle zapału, żeby śledzić wypowiedzi, po to by potem je wydrwiwać na blogu. One są klasą samą w sobie, ale nie każdy to po prostu widzi, zwłaszcza jak przemawia tym samym językiem.

Zdecydowanym moim ulubieńcem pod tym względem jest chyba pan Żakowski. 
Z tego względu, że on rzadko pisze coś mądrego. Wszelkie rekordy bił swego czasu artykuł „Miłuj geja swego”, w którym J. Żakowski wspólnie z E. Bendykiem stawia tezę, że wzrost gospodarczy, modernizacja społeczeństwa jest skorelowana „z odsetkiem osób o orientacji jawnie homoseksualnej”. 
Albo taki fragmencik - obrona Wałęsy 

- Wałęsa to nie "Bolek", wiemy to z całą pewnością - Być może miał taki epizod, ale sprowadzanie Wałęsy do "Bolka" jest po prostu kłamstwem. - Lech Wałęsa to jedna z najważniejszych postaci w 1000-letniej historii Polski. Nawet jeśli "Bolek" to był Wałęsa, to Wałęsa z całą pewnością nie jest "Bolkiem...

Nie chciałbym, żeby mnie bronił w sądzie... naprawdę. I dlatego może nie był obrońcą Mateuszka K. którego również bronił, ale w TV argumentując, że zużyty już dziś lider KODu, nie płacił alimentów, bo dla dobra Polski poszedł na wojnę, a jak trwa wojna to niestety dzieci cierpią...

Nie wiem kogo jeszcze mam wymienić. Borysa Budkę, który perorował, że PO przegrało wybory, bo niedostatecznie chwaliło się tym, ile dobrego dla Polski zrobiło przez 8 lat rządów?

Wojewódzkiego, według którego "Patriotyzm jest przymiotem ludzi małych i mściwych." a Roman Dmowski w "Myślach nowoczesnego Polaka?" podjął się analizy fenomenu Hitlera, który robiąc porządek we własnym kraju, musiał wyrzucić z niego Żydów.", i to podjął się tej analizy w wyprzedzeniem, kiedy Adolf miał dopiero 13 bodaj lat?

Może jakąś soczystą wypowiedź Ryszarda Petru? Tu również można wybrać losowo i istnieje spore prawdopodobieństwo, że trafi się na jakichś sześciu rubikoni...


piątek, 6 kwietnia 2018

Gdzie mieszka świadomość?

W sumie odpowiedź na to pytanie dla większości jest oczywista. Rzecz jasna w mózgu. 
Okazuje się że nie jest to wcale takie pewne. 
Problem ze świadomością jest taki, że nie jesteśmy jej w stanie ani zlokalizować, ani pokazać, ani dotknąć - a jednak jesteśmy przekonani że istnieje. Wśród naukowców - a sprawą zajmują się mikrobiologowie, fizycy i cholera wie kto tam jeszcze i nie ma zgodności co do istoty świadomości. 



Generalnie przejrzałem sobie kilka teorii na ten temat - w większości dla mnie niezrozumiałych... wykluczających się nawzajem.

Mózg rzecz jasna staje się pierwszym obszarem poszukiwań - ostatnio zwrócono uwagę na rolę w tzw. Przedmurza, zajmował się nim noblista Francis Crick, angielski biochemik, genetyk i biolog molekularny. Generalnie jego badania nie dają chyba odpowiedzi na to skąd się bierze  świadomość, tylko wskazuje na część mózgu, która jest w stanie nią zarządzać. - Takie coś w rodzaju przełącznika - uruchomić można za jego pomocą urządzenie podłączone do prądu, ale sam w sobie nie jest jego źródłem.

Teoria perceptronium - świadomość jest rodzajem materii. Kosmolog Max Tegmark uważa, że świadomość nie znajduje się w naszym mózgu, czy w innej części naszego ciała, lecz można ją interpretować jako matematyczny wzór i jest wynikiem konkretnego zestawu warunków matematycznych. Jego zdaniem, powstawać mogą różne rodzaje świadomości, podobnie jak w różnych warunkach powstają różne stany materii.

Panpsychizm - [gr. pán ‘wszystko’, psychḗ ‘tchnienie’, ‘dusza’], filoz. pogląd na strukturę rzeczywistości, przypisujący całej materii nie tylko właściwość życia, lecz także naturę świadomości, analogiczną do cech psychiki ludzkiej. O takim stanie rzeczy przekonani byli liczni naukowcy i filozofowie - Baruch Spinoza, Gottfried Leibniz, Arthur Schopenhauer, William James, Alfred North Whitehead i Carl Jung.
Ten nieco stary pogląd nie został dziś absolutnie porzucony - dowody wskazujące rzekomo na jego słuszność opracował niejaki Gregory Matloff, profesor fizyki w New York City College of Technology (NYCCT) 

Kwantowa teoria świadomości Orch-OR - Tu prawdę mówiąc musiałem się uciec do tłumaczenia z "polskiego na nasze". 
Stoi za nią dwóch naukowców - brytyjski fizyk Sir Roger Penrose i neurolog Stuart Hmmeroff. Penrose znany jest z owocnej dość współpracy ze Stevenem Hawkingiem, udowodnili razem twierdzenie o osobliwościach w ogólnej teorii względności.  No ale wracajmy do świadomości.

Naukowiec twierdzi, że posiada dowody na to, że jest ona zbiorem informacji przechowywanych w znajdujących się w ludzkich komórkach mikrotubulach. Rzekomo te zbiory wcale nie są jakoś związane z ludzkim mózgiem - wraz z jego śmiercią ulatują sobie gdzieś... 
Co więcej, jeśli dochodzi do chwilowego zatrzymania akcji serca lub śmierci klinicznej, odkryta przez badaczy świadomość najpierw wychodzi, a następnie wraca do ciała, jeśli udaje się przywrócić człowieka do życia. Zdaniem naukowców to właśnie stąd biorą się słynne doświadczenia z pogranicza śmierci (NDE), kiedy umierające osoby widzą tunel, na którego końcu znajduje się jasne światło, a także zmarłych bliskich czy niebo. 
Brzmi to trochę jak wynalezienie duszy. 

Uff można tak długo, ale chyba starczy. Wiem że nic nie wiem. :)


środa, 4 kwietnia 2018

Incydent nad wiejską rzeką (czyli sen śniony 3 kwietnia 2018 roku około godziny 15, po przybyciu z pracy)




Incydent wydarzył się podczas mojej chwilowej obecności na wsi. Ponieważ moje nazwisko było ogólnie znane, a sława detektywa dotarła nawet tutaj, wizyta zapłakanej młodej kobiety nie zdziwiła mnie ani trochę. Ba, wręcz spodziewałem się czegoś podobnego.
Zapłakana dziewczynina ściskała w ręku jakiś przedmiot, w którym rozpoznałem rękojeść ułamanej szabli (logiczniej byłoby, gdyby trzymała kawałek jakiejś laski, ale do kroćset, śniła mi się wyraźnie szabla!). Szabla, gdy stanowiła jeszcze całość, była nieodłączną własnością dziadka młodej osóbki, który z rana wybrał się na spacer nad lokalną rzekę. Z powodu przedłużającej się absencji starszego pana, zarządzono poszukiwania zwieńczone niestety odnalezieniem jedynie kawałka należącej do niego... broni.
W towarzystwie zrozpaczonej wnuczki udałem się nad rzekę, tam gdzie znaleziono, (wstawcie proszę jakiś synonim rękojeści tej cholernej szabli). Zwrócił moją uwagę pewien szczegół, otóż ziemia w tym miejscu była wyjątkowo rozmokła. Podczas oględzin miejsca zdarzenia, trafiłem butem na jakiś przedmiot wbity w ziemię... gdy go wydobyłem, okazało się, że jest to złamane ostrze, pasujące do reszty dziadkowej szabli. Jednakowoż rekonstrukcja tego przedmiotu, nie świadczyła nawet o połowie sukcesu. 
Wyglądało na to, że staruszek wpadł po prostu do rzeki, ale jeśli nawet, to w tym miejscu mógł najwyżej zmoczyć sobie gacie. Chyba, że... 
Odesłałem panienkę do domu, samemu udając się z biegiem rzeki na dalsze poszukiwania. Przy odrobinie szczęścia dziadek zaczepił się gdzieś po drodze na jakichś gałęziach. oczami duszy już wyobrażałem sobie jego martwe ciało, kołyszące się wokół jakichś sitowi... brrr. 
Zatrzymałem się na przygarbionym lekko brzegu, by nieco podedukować, gdy...
Zorientowałem się, że nie mogę się za bardzo ruszyć, a coś usiłuje mnie podciąć! Spojrzałem w dół, nogi moje grzęzły w błocie, a od strony brzegu spływała do rzeki gwałtowna, niska fala, która idąc przy samej ziemi z niezwykłą wartkością, usiłowała ściągnąć mnie w odmęty rzeki! W ostatniej chwili przytrzymałem się wbitej w ziemię żerdzi - resztki jakiegoś ogrodzenia.
Fala płynęła wściekle, z niezwykłą zajadłością usiłując zabrać mnie ze sobą... W końcu wyczerpały się jej zasoby, a ja wyczołgałem się na suchy ląd. Wiedziałem już, że z pozoru niewinna wiejska rzeczka kryje w swoich falach zabójcze instynkty, których ofiarą padł dziadek mojej klientki! Jej działanie było wyjątkowo perfidne, gdyż nie czekając nawet, aż ktoś do niej wejdzie, zdradziecko ściągnęła nieświadomą niczego ofiarę wprost z brzegu! Czy tylko jedną?
Dziadzio, usiłując się ratować, wbił w ziemię swoją szablę (ha! a więc dlatego nie była to laska!), która złamała się jednakowoż, nie wytrzymując morderczego prądu spływającej do rzeki fali i... koniec, dziadek popłynął, wypuszczając z dłoni bezużyteczną już głownię...
Już później (po obudzeniu) snułem domysły, czy rzece udało się udowodnić morderstwo i postawić przed sądem. A później, jaki mógł być wyrok i jak u diaska udało się go wyegzekwować?