czwartek, 30 sierpnia 2018

Hawking vs Bóg

Nie będę ukrywał, że do pisania notek, często inspiruje mnie mój blogowy kolega Asmodeusz. Ostatnio stoczyliśmy zażartą dyskusję, na temat Hawkinga i jego słynnego twierdzenia, iż Bóg nie był potrzebny, bo Wszechświat stworzył się sam. 
Od razu na wstępie, warto zaznaczyć, że jeśli o mnie chodzi, to uważam, że cała ludzka wiedza, nawet naszkicowanie modelu wszechświata od A do Z, nie jest w stanie udowodnić, bądź obalić tezy istnienia Boga. Dlatego, też w dyskusji, na ten temat, przybieram pozy opozycyjne wobec twierdzeń (ale nie przekonań!) mających udowodnić mi jedną z tych dwóch opcji. Tak na marginesie, równie gwałtownie protestuję, jak ktoś pragnie udowodnić mi istnienie Boga. Osobiście nigdy nie udało mi się pozbyć intuicyjnego przekonania, że Bóg jednak istnieje... :)

No ale wróćmy do tego Hawkinga. Po przeczytaniu notki przyjrzałem się, jakie wrażenie zrobiły słowa profesora na naukowcach. Okazuje się że takie sobie. Jedyne entuzjastyczne ciepłe słowo na temat tego bon motu miał zażarty ateista Dawkins, który ekscytował się, że Hawking wykopał Boga z fizyki. Tymczasem jest w swym zdaniu bardzo osamotniony, bo twierdzenie Hawkinga, jako absurdalne i nie mające nic wspólnego z prowadzonymi przez niego badaniami uznali nawet uczeni niewierzący, komentując, że wcale nie wynika ono z jego odkryć, a może być co najwyżej prywatną opinią. 



W zasadzie długo by można przytaczać polemikę z Hawkingiem, począwszy od zarzutu, że chyba niezbyt dobrze zrozumiał istotę Boga - jako kogoś, kto pstryknął palcami i dosłownie w 7 dni wyczarował świat. Taki pogląd już nie funkcjonuje nawet wśród ludzi wierzących, którzy nauczyli się odczytywać księgę Genesis jako symbol. 
Druga sprawa - nawet Hawking nie jest w stanie zanegować, a wręcz jest przekonany o istnieniu praprzyczyny powstania obecnego wszechświata z jakiejś materii. Uznał że są to prawa fizyki. Ale jak się okazuje, wcale nie budzi to jakiegoś popłochu wśród wierzących naukowców...  "Ok, profesor Hawking twierdzi, że wszechświat powstał tylko wskutek działania praw fizyki. Ale skąd w takim razie wzięły się te prawa?" ripostuje z niezmąconym spokojem brytyjski biofizyk i teolog Alister McGrath.

Za dyskusje z Hawkingiem zabrał się także irlandzki matematyk z Oxfordu, John C. Lennox, pisząc o błędach metodologicznych i błędach logicznych takiego twierdzenia. 

"Stephen Hawking mówi nam, że Wszechświat bierze się z niczego, które okazuje się być czymś (pierwsza sprzeczność), a potem dodaje, że Wszechświat stwarza się sam z siebie (druga sprzeczność). To jednak nie wszystko. Jego przekonanie, że jakieś prawo przyrody (w tym wypadku prawo grawitacji) wyjaśnia istnienie Wszechświata, jest także wewnętrznie sprzeczne, gdyż istnienie prawa przyrody z samej swej definicji zależeć musi bez wątpienia od uprzedniego istnienia przyrody, którą ma opisywać. (…) A zatem główna konkluzja książki okazuje się nie tylko wewnętrznie sprzeczna, co już w sobie jest wystarczającą katastrofą, lecz potrójnie wewnętrznie sprzeczna” [John. C. Lennox, Bóg i Stephen Hawking, W drodze, 2017]

Samo stwierdzenie Hawkinga, też niczym nowym nie jest, gdyż cofa spór na poziomie nauka - religia o 300 lat do czasów Lapleace'a, który powiedział, że hipoteza Boga w jego teorii świata nie jest mu potrzebna. Nie udało się jednak go wyrugować Lapleace'owi, nie uda się też Hawkingowi. Bo cóż w zasadzie można konkludować? Że zadziałały jakieś siły, które doprowadziły do powstania świata, jaki znamy. Pytanie skąd i dlaczego się wzięły, pozostaje nadal pytaniem bez odpowiedzi.

Jeszcze więcej krytycznych uwag można znaleźć w poniższym artykule:

sobota, 25 sierpnia 2018

Sny Umarłych

W tej antologii znalazło się moje opowiadanko. :)

Gratka dla miłośników dziwnych (jak sama nazwa wskazuje weird - dziwny) opowieści. Jest to pierwsze wydanie na papierze, tego typu mojej twórczości, muszę przyznać że byłem wzruszony rozpakowując paczkę  ze swoim egzemplarzem, tzw. autorskim.


Jak ktoś ma ochotę może kupić tutaj:

http://sklep.okolicastrachu.pl/

czwartek, 23 sierpnia 2018

Holzwurm über alles!

Wszystko zaczęło się od artykułu w "Die Welt", którego autor uskarża się, że kornik zżera niemieckie lasy, a harwestery potrafią wyciąć tylko 70 drzew dziennie (zakładam że jeden tyle wycina).
Przykład niemieckiej polityki wobec Lasu Bawarskiego podawałem już na blogu, gdyż tam uznano, żeby go pozostawić sam na sam z kornikiem, co w końcu doprowadziło do jego zagłady. Ma się ponoć odrodzić, ale już nie za naszego życia. Zresztą to nie do końca było tak, ze nie wycinali, bo robili pas wokół lasów prywatnych, żeby nie płacić kasy za ich zniszczenie. 
Ja bym dodał jeszcze argument humanitarny. W końcu kornik reż człowiek i żyć musi. A jak żyć to i żryć. Co mu do cholery żałować tych drzew? 
Wybuchła afera, że jak to, Niemcy mogą wycinać a nam zabroniono? Przez jakiś czas w necie panowała cisza, wydaje mi się, że media mainstreamowe zaniemówiły. Bo przecież jakoś ciemnemu ludowi trzeba wytłumaczyć, że co wolno wojewodzie...
No ale pojawiły się jaskółki, choć każdy dobrał się do ciastka z innej strony. 
Wychodzi na to, (i trudno odmówić racji takiemu odkryciu GW) że co niemiecki las, to nie polski. To jak porównanie Ursynowa z Wawelem, przy czym nie ma wątpliwości kto tu robi za zapyziałą, sypialnianą, podstoliczną dzielnicę. Poza tym ichni sąd zgodził się na wycinkę! To powinno zamknąć usta wszystkim, bo wszak wiadomo, sąd mylić się nie może.
A w ogóle cała ta niemiecka wycinka to manipulacja, bo przecież co oni tam wycinają.. jakieś bufory.  
A poniżej dwie szkoły ratowania Puszczy Białowieskiej. Przypomina mi się przysłowie, "jak nie kijem to pałą." 





Swoje wrażenia z puszczy Białowieskiej opisywał mi kolega archeolog... Powiedział, że na drzewach to on się nie zna, ale tam gdzie prowadzili prace, stare świerki były jak księgi w okładkach z kory, puste w środku, zapisane pismem kornika, nomen omen drukarza. Tam gdzie puszcza ma być pierwotna i panuje zakaz kopania, georadar wykrywał kurhany, przed puszczą był tam już człowiek...

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Antyklerykalizm stary jak świat.



Pierwsze pytanie jakie mi się nasuwa w związku z antyklerykalizmem, to czy jest on tożsamy z krytyką kleru. Wychodzi mi, że nie, bo przecież różne są rodzaje krytyk i tak zwaną krytykę konstruktywną można uznać za pozytywną. O tym zresztą będzie jeszcze pod koniec notki, tymczasem, sięgając wstecz, do wieku XV, można zauważyć, że temat był od dawna bardzo istotnym, a wyraźna wzajemna krytyka występowała nawet wewnątrz kościoła.
O dziwo krytykowali się księża nawzajem, krytykowały się na potęgę środowiska zakonne, z kościelnymi, czego przykładem satyryczny utwór Ignacego Krasickiego (bądź co bądź biskupa) wyśmiewający mnichów, p.t, "Monachomachia".

W tej zawołanej ziemiańskiej stolicy
Wielebne głupstwo od wieków siedziało;
Pod starożytnem schronieniem świątnicy
Prawych czcicielów swoich utuczało.
[...]
„Bracia najmilsi! Ach, cóż się to dzieje?
Cóż to za rozruch u nas niesłychany?
Czy do piwnicy wkradli się złodzieje?
Czy wyschły kufle, gęsiory i dzbany?
Mówcie!… Cóżkolwiek bądź — srodze boleję!
Trzeba wam pokój wrócić pożądany…”
Wtem się zakrztusił, jęknął, łzami zalał;
Przeor tymczasem pełny kubek nalał.
Już się dobywał na perorę nową
Doktor, gdy postrzegł likwor przeźroczysty.
Wódka to była, co ją zwą kminkową,
Przy niej toruński piernik pozłocisty,
Sucharki, masą oblane cukrową,
Dar przeoryszy niegdyś uroczysty.
Zachęca przeor, w urzędzie chwalebny:
„Racz się posilić, ojcze przewielebny!” 
O, rzadki darze przedziwnej wymowy!
Któż ci się oprzeć, któż sprzeciwić zdoła?
Tak łagodnemi zniewolony słowy,
Wziął doktor kubek w pocie swego czoła,
Łyknął dla zdrowia posiłek gotowy —
Lecz, żeby jeszcze myśl przyszła wesoła,
W świętym orszaku, w gronie miłych dzieci
Raczył się napić raz, drugi i trzeci.


W utworze tym autor chłoszcze "wielebne głupstwo", za pijaństwo i gnuśność, spodziewając się zaś skandalu Krasicki wydaje go anonimowo. Na nic to jednak się zdało, zgrabne strofy mistrza, rychło zdemaskowały go jako twórcę "Monachomachii". 

Do panteonu polskich krytyków kościoła wchodzi całkiem solidna kompanija poetów i pisarzy, że choćby wymienię: Jana Ostroroga, Mikołaja Reja, Jana Kochanowskiego, i Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Obruszały ich kwestie głównie obyczajowe, co wydanie ujął w swej fraszce mistrz Jan z Czarnolasu:

Świętym cię zwać nie mogę, ojcem się nie wstydzę,
Kiedy, wielki kapłanie, syny twoje widzę.

Jak widać wady kleru są stare jak sama ludzkość. Zrozumie to każdy, kto zna słyną formułę "Homo sum; humani nihil a me alienum puto*." Terencjusza.
Oczywiście na tym nie koniec, a krytyka kościoła nie zawsze związana była z konstruktywnymi zarzutami. Często były one tłem dla walki politycznej i ideologicznej, za podstawę których służyły średniowieczny spór o dominację polityczną papiestwa i cesarstwa, a następnie rozłam w kościele owocujący reformacją. 
Tu z kolei przytoczę wcześniejszą krytykę Jana Klonowica, nieprzypadkiem zwolennika ruchu reformatorskiego:

„Ośmielasz się ograbiać świątynie możnego Boga, ważysz się ozdabiać złotem kochanki (…) polujesz, upijasz się, oddajesz miłostkom, troszczysz się o stajnię, a opłaty kościelne, dochód z mszy i skarbony trwonisz na ladacznice i na chełpliwie okazale strojnych żołdaków”

Czasy późniejsze, owe słynne "saskie ostatki", przyniosły lawinę innych zarzutów. Choć nie, nie były wcale nowe, wtedy po czasie wielu konfiskat dóbr na rzecz kościoła problem jeszcze się bardziej uwidocznił. Chodziło o słynne gromadzenie bogactw i pospolitą chciwość, zależnie od skali procederu, bo inne potrzeby miał ksiądz dobrodziej z zabitej dechami wsi, a inne wielebny biskup ze znacznego miasta. Tu przytoczę garstkę przysłów:

„Kto ma księdza w rodzie, temu bieda nie dobodzie” 
czy 
„Choćby był ksiądz w lesie, to mu każdy niesie”.

 Czyż warto, dalej wymieniać? Chyba tylko dla zabawy, gdyż wierszyki i powiedzonka wywołują śmiech na ogół... Tak było do czasów rozbiorów, gdyż jak się okazało, trochę przewrotnie, podczas nich kościół spuścił z tonu. Wtedy można też śmiało powiedzieć, że zaczęły się prześladowania, a kościół odzyskał rolę narodowego sumienia.
Tak zresztą było i później, podczas okupacji i w czasach PRLu.

Obecnie, oprócz owej konstruktywnej krytyki, na kościół wylewany jest istny kubeł pomyj. Brakuje pióra Krasickiego, czy Kochanowskiego, fora ulewają się od inwektyw, zresztą jak wobec powyższych pamfletów i krytyk wyglądają słowa, pożal się Boże, pisarki, której nazwiska nie będę z litości wspominał: 

"Czarny szantaż polega na tym, że każdy chce być dobry, pójść do nieba, mieć komunię świętą, ślub i pogrzeb. Nie chce leżeć pochowany pod murem jak poganin. W związku z czym Kościół trzyma Polskę za jaja i z palcem w c…ie. Obydwie płcie" 

Każdy krytyk jest ekspertem od historii kościoła, wyciągając działa w postaci inkwizycji i konkwisty. Każdy ksiądz dla niektórych to potencjalny pedofil. Daleki jestem od uznawania instytucji kościelnej za nieomylną, natomiast zarówno historia dawna jak i współczesna pełna jest ludzi kościoła, które były jednostkami wybitnymi w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie da się też pominąć faktu, wpływu kościoła na kształt współczesnej Europy, na wielu płaszczyznach. Ale ja nie o tym...
Współczesny antyklerykalizm ma jeszcze jedno podłoże - jest modny. Wszelkiego rodzaju brednie na temat kościoła wywołują u niektórych dziką radość, że udało się "czarnej mafii" dowalić. Gdzieś w tle przetacza się wojna ideowa, w której orężem jest sprawdzona dyskredytacja. 

Zaprawdę, miłym odetchnięciem jest piosenka Dr Misio. Żeby nie było krytyczna. Uważam, że takie głosy są potrzebne zawsze, bo dają do myślenia. 


* Nic co ludzkie nie jest mi obce.

piątek, 17 sierpnia 2018

Tajemnice Ginekologów

Nie kupię raczej tej książki, bo pewnie bym się zdołował.
Przeczytałem wywiad z autorką.
Oprócz pierdół o następstwach dziwnych zabaw erotycznych naszych rodaków, jest też temat aborcji. 
Wynika z tego, że w czasach PRLu, lekarz nie miał wyboru i zabiegu odmówić po prostu nie mógł, chyba, że znudziła mu się praca. Nie było zresztą dyskusji na temat, gdzie się zaczyna a gdzie kończy człowiek. Jak wiadomo, nie jest to spór natury biologicznej, tylko czysto etycznej, a co za tym idzie - nierozwiązywalny, który w dodatku opcjami pro-life i pro-choice dzieli antagonistów idealnie na pół, bez możliwości kompromisu. 
Autorka zauważyła jednak ciekawą rzecz - w czasach gdy aborcja była legalna, kwitła również "turystyka aborcyjna", podobnie zresztą jak dziś. Ale o dziwo: wtedy jej skala była większa, pomimo legalności zabiegu. Brak zaufania do rodzimej służby zdrowia? 
W książce występuje także słynny profesor Chazan, który również zabiegów aborcyjnych dokonywał masowo, jak twierdzi, a latach 80 pogląd na ten temat zaczynał się u niego powoli zmieniać. Aż do bardzo radykalnego podejścia, które zaskutkowało skandaliczną wręcz sprawą narodzin dziecka w beznadziejnym stanie. Z drugiej strony, przepytywani ginekolodzy podają trudne przykłady późnej aborcji, (zwolennicy ruchu pro-choce twierdzą że takie nie mają miejsca) - kiedy dziecko na skutek przedwcześnie wywołanego porodu w zasadzie rodzi się jednak żywe i umiera po kilku godzinach. Dotyczy to płodów z rozległymi wadami, uniemożliwiającymi życie.
Na wchodzie Polski, według ustaleń autorki, aborcje zdarzają się sporadycznie. Nie ma wytłumaczenia dlaczego, ot po prostu nie ma lekarzy, którzy chcą jej dokonywać.



Ostatnio zacząłem grzebać w swoich książkach, ogromną część księgozbioru muszę wydać, bądź sprzedać z powodu braku miejsca... Tak jakoś mnie napadło równocześnie na czytanie, choć normalnie o tej porze wolałbym śmigać z aparatem na rowerku... ale cóż...

https://wiadomosci.wp.pl/studolarowe-banknoty-cebula-czy-kieliszek-w-ciele-znanej-aktorki-ginekolodzy-ujawniaja-tajemnice-gabinetow-6284213629536385a

niedziela, 12 sierpnia 2018

Było gorąco...

Tak było. :D
Generalnie chyba byłem w nieco makabrycznym nastroju przez cały tydzień.


Na "przewalance" na przykład znalazłem coś dość niezwykłego, choć poruszanie się w tym upale zwalnia myśli i nie skłania do podejmowania jakichś niecodziennych czynności jak przetrząsanie półek z książkami... Ale z książki o umieraniu wypadł faks - program Targów Pogrzebowych z 95 roku. Czyżby zawodowe zainteresowanie śmiercią? Ciekawe czy właściciel żyje...



Nie wiem czy będę czytał książkę o umieraniu. O wiele bardziej jestem zadowolony z 'Czerwonego Łabędzia", czyli mitologii indiańskiej.
Szukając na nią miejsca na półce wyciągnąłem książeczki o symbolach... chyba sobie poczytam.



piątek, 3 sierpnia 2018

Sentymentalna podróż do stolicy


Zaciekawiła mnie książka, całkiem sympatyczna o Warszawie. Autorem jest znany warszawista, niestety zmarły już Olgierd Budrewicz. (jedna z bibliotecznych zdobyczy) O czym tam nie ma! O tramwajarzach, znanych antykwariuszach i knajpach. Ze środka zaś... wypadł zabytkowy bilet do Warszawy z roku 1985. W 1985 roku za każdym razem gdy jeździłem z dziadkiem do stolicy, musiałem koniecznie zjeść dworcową zapiekankę, albo hod-doga. Cóż to był za smak!