czwartek, 22 listopada 2018

Bóg Mordu

Byłem wczoraj znów w teatrze, tym razem sztuka okazała się tragifarsą.

Jak widać po plakacie sztuka cieszy się powodzeniem od 5 co najmniej lat!

Na scenie miałem okazję podziwiać występ bardzo dobrych aktorów - Jolanty Fraszyńskiej, Cezarego Pazury, Anny Dereszowskiej i Michała Żebrowskiego. Przedstawienie miało miejsce w Teatrze na 6 piętrze w Pałacu Kultury.

Spotkanie dwóch par, które w normalnych warunkach nigdy by się prawdopodobnie nie spotkały, zainicjował nieprzyjemny incydent - otóż syn państwa Reille - Fryderyk, uderzył kijem synka państwa Houllie, Daniela, uszkadzając mu dwa przednie zęby. Z początku sprawa wygląda na dość prostą, strony dążą do ugody i szybkiego rozwiązania sprawy. Pod płoszczykiem konwenansów i wystudiowanej uprzejmości kryje się jednak przepaść - nie tylko miedzy dwoma parami z zupełnie różnych środowisk, ale jak się okazuje w trakcie spotkania, które dla każdego z jego uczestników okazuje się najgorszym dniem w życiu, między samymi małżonkami.

Veronique Houllie (Jolanta Fraszyńska) jest pisarką i miłośniczką sztuki, zajmującą się problemami trzeciego świata. Pod jej jakby się zdawać mogło spokojną powierzchownością i erudycją, kryje się jednak całkowita życiowa nieporadność i zagubienie, spowodowane w dużej mierze brakiem wsparcia ze strony męża  Michela Houllie (Cezary Pazura), człowieka wypalonego i zobojętniałego, którego wszelkie podjęte z wysiłkiem działania cechuje egoizm. Michel jest właścicielem hurtowni z artykułami gospodarstwa domowego. 
Z kolei państwo Reille, cieszą wyższym statusem społecznym, Alain (Michał Żebrowski) jest prawnikiem korporacji farmaceutycznej, natomiast jego żona Anette (Anna Dereszowska) doradcą finansowym. Alain jest całkowicie odcięty od spraw rodzinnych - interesują go w zasadzie tylko sprawy korporacji dla której pracuje (przez cały czas odbiera telefony), jego pełnego obrazu dopełnia bezgraniczny wręcz cynizm. Frustracja żyjącej w cieniu męża Anette, objawia się w całej okazałości podczas spotkania u państwa Houllie, przy czym jej histeryczne reakcje zostały odegrane przez Dereszowską wręcz genialnie (po scenie fruwają niszczone tulipany, ba, mamy nawet realistycznie odegrany atak torsji :)). Całą tą dość przygnębiającą sytuację, autorska sztuki - Yasmina Reza przybrała błyskotliwymi, skrzącymi się od humoru dialogami, dzięki czemu widz nie wychodzi z teatru całkowicie wstrząśnięty i zdołowany, ale też i nie do końca rozbawiony. Jeśli miałbym do czegoś porównać taki zabieg - przychodzą mi do głowy śmieszno-smutne filmy Koterskiego, jak "Nic śmiesznego", czy "Dzień Świra".   
 

poniedziałek, 19 listopada 2018

Album

Ci, którzy śledzą mojego bloga mogą się domyślać za co zostałem wyróżniony nagrodą.

Ale przecież nie każdy musi wszystko pamiętać, ani czytać mnie regularnie - tym bardziej, że moje teksty są dla sporej liczby osób zadrą. :)
A zatem. - Album "Stary Sochaczew", przykład selfpublishingu, który odniósł zawrotny sukces jak na realia średniej wielkości miasteczka.


Po publikacji nawet czekały nas niespodzianki - oto ktoś kogoś rozpoznał, ktoś zobaczył swój nieistniejący od lat dom, itd. itd. Ze zdjęciem rowerzysty widocznym w prawym dolnym rogu wiąże się bardzo tragiczna historia, związana nie tyle z samym jadącym, lecz fotografem - zamordowanym bestialsko w 1944 roku przez hitlerowców. Poznaliśmy ją po wydaniu albumu - skontaktowała się z nami siostra zamordowanego mężczyzny, opowiadając ze szczegółami jak do tego doszło.

A więc ciąg dalszy nastąpi...