niedziela, 1 grudnia 2019

Od kamienia do książki

Tak się złożyło, że służbowo wylądowałem w Bełchowie, a Pan którego odwiedzaliśmy zaprowadził nas do lasu, gdzie onegdaj stał magazyn amunicyjny. Tenże magazyn w kwietniu 1915 wyleciał w powietrze i dziś w tym miejscu stoi kamień upamiętniający ofiary wybuchu. 

Trudno zrekonstruować przebieg wydarzeń i liczbę ofiar - mówi się, że liczba 159 ich właśnie dotyczy - lecz chodzi tu raczej o nr. oddziału tzw Stawiaczy Min (Skrót MWA - Minenwerfer Abteilung)


Szukając informacji natrafiłem na tekst, który jako jedno ze źródeł wskazywał książkę - dość unikatową, - Spisaną w czasie Wielkiej Wojny przez niejakiego Władysława Tarczyńskiego kronikę Łowicza. Jest to jedna z czterech wydanych książek z serii Wielka Wojna - Codzienność Niecodzienności, w skład której wchodzą. 

Trochę się zazdrości tym, co nie dożyli tych czasów... Dziennik Ludwiki Ostrowskiej z Maluszyna - I tom serii
Ta wojna zmieni wszystko… Dziennik Janiny Gajewskiej - II tom serii
Był czyn i chwała!...Józef Gabriel Jęczkowiak,Wspomnienia harcerza 1913-1918 - III tom serii
Nie wybiła godzina wybawienia z otchłani nieszczęść… Kronika dziejów Łowicza Władysława Tarczyńskiego - IV tom serii.

Okazało się, że książkę można kupić na allegro za 10 zł. Jedną jedyną. Więc kupiłem i chyba był to udany zakup, bo ogólnie seria jest niedostępna, a po tym jak ją nabyłem zniknęła z allegro. Jest o tyle ciekawa, że nie zawiera analizy działań wojennych, (choć autor pisze sporo o ruchach wojsk itp) ale skupia się na życiu ludzi - mieszkańców Łowicza. 




środa, 27 listopada 2019

W nawiązaniu i bez


Jeden z pomysłów ratowania stoczni Szczecińskiej polegał na lukratywnym kontrakcie z Imperium. Niestety, współpraca nie rozwinęła się, większość wie dlaczego, a jak nie to niech się wybierze do kina... 


Niektórzy twierdzą, że bycie katolikiem polega na chodzeniu do kościoła... 



A inni, a może nawet ci sami, że katecheci ani księża nie mają poczucia humoru i w większości są nawiedzonymi bucami...

wtorek, 19 listopada 2019

Feminizm i neopogaństwo

Natrafiłem w sieci na artykuł, napisany przez Jana Bodakowskiego o złowieszczym tytule "Wiccanizm - czyli demoniczna twarz feminizmu". Abstrahując już od faktu, że autor raczej słabo orientuje się w temacie wrzucając do jednego wora Crowleya z satanistami, Wiccanami i sam pewnie nie wie czym jeszcze - związkom współczesnego czarostwa (czarownictwa) i feminizmu faktycznie nie można zaprzeczyć. 

Można poczytać sobie albumik - książkę Erici Jong, i zajrzeć na kilka stron dotyczących wicca, żeby zobaczyć, że sama religia i jej założenia to istny groch z kapustą. Odwołania do wszystkiego co można - Celtów, Greków, w jakimś stopniu New Age, wspomnianego Crowleya - gdyż postrzegany za twórcę (a raczej propagatora odrodzenia tej religii) Gerald Gardner znał się z nim osobiście i czerpał z Thelemy pełnymi garściami. Co ciekawe, łączy te neoreligię zawsze krytyka wobec Chrześcijaństwa, a w przypadku Wiccan do tzw. patriarchatu (to mniej więcej jest spójne - aczkolwiek też w różnych wymiarach). Do tego wszystkiego dodano otoczkę rytualizmu i tonę rodzajów magii - ale nie chciało mi się z powodu różnorodności w to na razie wnikać.
Jest też parę (żeby tylko) sprzeczności - nie bardzo np. rozumiem, jak w wiccanizmi godzi się kult bogini matki, vulgo płodności z poparciem dla aborcji (choć w nie w tej religii żadnych zasad to określających w przeciwieństwie do satanizmu, którego to członkowie zaczynają nawet działać społecznie w ruchu proaborcyjnym - ale to temat na inną notkę, tym bardziej że satanistów amerykańskich oskarżano nawet swego czasu o rytualne aborcje - temat odgrzany w świetle wniosku  Kościoła Satanistycznego złożonego do Sądu Najwyższego w USA, o zniesienie obowiązku pogrzebu lub kremacji szczątków poaborcyjnych w Indianie), albo co do tego mają średniowieczne czarownice, które tak naprawdę niewielkie miały pojęcie o tych kultach, będąc w większości zwykłymi kobiecinami, które nie podobały się sąsiadom, ofiarą swych czasów...  no chyba że urastają do symbolu uciemiężenia przez patriarchat. 

Wiccanie czczą w zasadzie dwa bóstwa - Bogini Matkę i Rogatego Boga - ten ostatni zwłaszcza kojarzy je z satanistami, ale to prędzej wina chrześcijaństwa, które starodawne wyobrażenia Herna, czy też Pana, albo celtyckiego  Cernunnosa - bóstwa co najmniej neutralne - skojarzyły z diabłem. Ten Hern znów trochę dziwi - gdyż był myśliwym, czyli takim trochę anty eko...
Acha - żeby nie było, to ktoś może mieć pretensje o to mieszanie ciągłe feminizmu z viccanizmem, ale jakimś cudem najbardziej zasiliły ten ruch w USA i Anglii właśnie one. Mówi się, że tak naprawdę nie chodzi w tym o żadną religię - stąd ta brak systematyki, a o negację chrześcijaństwa, a podstawy są wręcz ateistyczne. I chyba faktycznie czarownica współczesna nie jest zbytnio wierząca, ograniczając te elementy religijne do roli symbolu. Grupa wyznawców wicca tworzy tak zwany kowen, w którym każdy jest w zasadzie kapłanem swego bóstwa, choć na jego czele stoi para odgrywająca dwa bóstwa (przynajmniej z taką konstrukcją się spotkałem w literaturze, ale niewykluczone że są też inne konfiguracje - dlatego może zdarzyć się, że nie dogada się nawet wiccanin z wiccaninem). 

Jong pisze - że ów pradawny kult Bogini Matki przekształcił się z biegiem czasu - rozdzielając ją na dwie postacie - czarownicy staruchy i dziewicy - z czego drugą tylko przyswoili sobie Chrześcijanie czcząc Maryję Dziewicę - "okaleczoną z seksualności". To seksualność jest złem uosobionym w starej jędzy, wiedźmie. 

Istotnie, Chrześcijaństwo wiele ludzkich instynktów wzięło w ryzy, tworząc inny wzorzec moralności, który neopogańskim nurtom religijnym nie przypada do gustu. Argument jest ten sam - ogranicza wolność człowieka i tłumi jego naturalne potrzeby. Nakłada na tego pierwotnego człowieka, czczącego siły natury kaganiec sumienia. I to zaczyna coraz bardziej uwierać...

wtorek, 12 listopada 2019

Wystawa

Wystawiamy w muzeum aktualnie dzieła Andrzeja Novák-Zemplińskiego, choć do zwiedzania jest udostępniona od jakiegoś czasu - tutaj jeszcze w fazie "produkcji".

Jak sam artysta stwierdził jego obrazy nie nadają się do galerii - nadają klimat pomieszczeniom mieszkalnym (pomieszczeniom jednak bądź co bądź dużym). Dlatego uzupełnione zostały meblami, pochodzącymi głównie z domu malarza, o którym napiszę za chwilę...


Okazją dla urządzenia wystawy był jubileusz 70 letnich urodzin artysty. Tematem są malowane głównie na zamówienie konie, zaprzęgi, sceny historyczne - jest to malarstwo z laickiego punktu widzenia tradycyjne, klasyczne. 

Pan Andrzej mieszka i tworzy w dworku w Tułowicach, dzięki niemu budynek ocalał i został przywrócony do dawnej świetności. 


piątek, 8 listopada 2019

Słowiańskie sny...

Urokliwe odwołania do tematów prasłowiańskich w malarstwie Witolda Pruszkowskiego (1846-1896).
W kolejności:
"Widziadło"
"Wiosna"
"Rusałki"
"Piękno nie z tego świata" i  w zasadzie jakby inna, trochę bardziej erotyczna wersja tego obrazu p.t "Zaduszki".
"Smok Podwawelski"

Nie chciało mi się weryfikować tytułów, ale mam nadzieję że podpisy były trafione.









sobota, 2 listopada 2019

Pamięć i niepamięć

W Sochaczewie znajduje się jedna z największych, nekropolii wojennych w Polsce, może nie pod względem terenu, ale liczby pochowanych żołnierzy. Spoczywa ich tam ponad 4000 poległych w Bitwie nad Bzurą, oraz podczas trwania okupacji. 
Niektórzy uważają, że upamiętnienie poległych jest ważne, innych te sprawy w ogóle nie obchodzą. Ja po prostu uważam, że warto. Warto pamiętać. Nawet w kontekście manifestu antywojennego. 



Żołnierze wszystkich wyznań - równi wobec wroga. I śmierci na polu bitwy, niestety.


Przy ulicy Traugutta, na cmentarzu komunalnym, przy grobie majora Feliksa Kozubowskiego, który zginął podczas obrony Sochaczewa. Na pomysł zapalenia lampki wpadł mój syn (na fotce), choć nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy, ani nic mu nie sugerowałem. Za kilka dni odbywa się olimpiada historyczna, do której się zgłosił i choć bardziej interesuje go średniowiecze, cieszy mnie jego podejście do historii, zwłaszcza, iż jest to umysł ścisły, czyli matematyczny.


Z Żyradowa natomiast wysiudano Nila na rzecz Jedności Robotniczej. W sumie nie przeszkadza mi, że zmieniono ulicę "Łupaszki" na Podlaską - ot, po prostu wycofano kontrowersyjne nazwisko na rzecz nazwy zupełnie neutralnej.
Fieldorf natomiast, z tego co mi wiadomo, nie splamił się nigdy żadnym niegodnym czynem, więc zmiana nazwy na Jedności Robotniczej - symbolu połączenia PPS i PPR w niesławną PZPR, wydaje mi się posunięciem słabym co najmniej.

sobota, 26 października 2019

Tajemnicze tunele, niezwykłe artefakty ukryte w podziemiach... Zdawać by się mogło, że bajka.
A jednak nie do końca...


"Der Gouverneur des Distrikts Warschau", głosi napis na ciężkiej, żeliwnej tablicy, na której pozostały jeszcze resztki czerwonej farby.
Gubernatorem Dystryktu Warszawskiego był osławiony Ludwig Fischer. Jego siedzibą, praktycznie przez całą okupację był warszawski pałac Brühla, lecz w trakcie Powstania Warszawskiego, 9 sierpnia rozpoczęła się ewakuacja urzędu. Jego funkcjonariusze uciekli w ostatnim momencie, powstańcy ostrzelali wycofującą się ze stolicy kolumnę, raniąc dwie sekretarki, samego Fishera, oraz zabijając, jego zastępcę Hummela. Siedzibą urzędu stał się wpierw na krótko Helenów koło Pruszkowa, następnie Sochaczew, gdzie w okrojonym składzie funkcjonował on do stycznia 1945 r.

czwartek, 24 października 2019

Spojrzenie



Ludzie lubią tworzyć mity i w nie wierzyć, albo nawet żyć nimi. Demonizować różne zjawiska, bądź je gloryfikować... Zabawne jest, że często są to te same rzeczy...

***

środa, 16 października 2019

sobota, 12 października 2019

Awantura o Nobla

Istotnym wydarzeniem ostatnio stało się przyznanie Oldze Tokarczuk Nobla - w prawicowych portalach mnożą się teorie spiskowe, że Nobel został Tokarczuk przyznany na złość partii rządzącej, gdyż ogólnie znany jest jej krytyczny do niej stosunek, pomimo, że podczas wywiadu sprzed dwóch lat prezes przyznał się do czytania "Ksiąg Jakubowych".
Recenzje prozy Tokarczyk są różne - od zachwytów, do reakcji zupełnie odwrotnych, ale główną krytykę sprowadzają na pisarkę jej poglądy, a nie twórczość jako taka. Te wpisują się w modny ostatnio w niektórych kręgach rewizjonizm historyczny, z tym że  mam wątpliwości, czy jest to zabawa dla każdego, nawet jeżeli jest on utalentowanym pisarzem.  
Przed pisarzem literatury fabularnej stoją mianowicie zupełnie inne cele, niż przed historykiem. Pisarz ma grać na emocjach, historyk ustalić fakty. Gorzej jak się te rzeczy miesza ze sobą.

Rzecz jasna chodzi o słynną już emocjonalną wypowiedź:

"Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów"

Fajnie, że niektórzy uważają że warto dedukować ten ciemny naród, nazywając przy okazji jego przodków "mordercami Żydów". Uśmiecham się kwaśno, jako osoba parająca się w jakimś stopniu historią i pół dnia spędzająca ostatnio na grzebaniu w dokumentach. Przeciwny jestem tworzeniu mitologii państwa bez zmazy i skazy, ale oddajmy też cesarzowi co cesarskie. Wbrew temu co pani Tokarczuk sobie myśli, Rzeczpospolita na tle innych krajów europejskich wyróżniała się tolerancyjnością wobec mniejszości, choć z pewnością nie była to tolerancja w takim wydaniu, w jakim postrzegają ją dzisiejsi bywalcy salonów, ale wczucie się w mentalność ludzi sprzed wieku nawet - po prostu współczesnego człowieka przerasta - z łatwością przychodzi mu jedynie krytyka i ocena. Żydzi stali bez wątpienia niżej w drabinie społecznej, ale nie nawracano ich pod groźbą śmierci na chrześcijaństwo - co miało miejsce na zachodzie Europy, nie na darmo słowo Polin ma w hebrajskim języku znaczenie wręcz symboliczne - nie pisał fantastyki Mojżesz ben Israel Isserles - XVI wieczny rabin zauważając: „W tym kraju nie ma zawziętej nienawiści do nas, jak w Niemczech. Oby zostało tak nadal, aż do nadejścia Mesjasza”
Tak, Żydów u nas batożono, szarpano za brody, wymyślano ich od parchów, ale paradoksalnie i tak było to lepsze niż to co stawało się ich udziałem w Niemczech, czy Hiszpanii, na co są u licha dowody w postaci królewskich ustaw i świadectw samych Żydów.

O co chodziło z niewolnikami, nie będę komentował, zapewne jest to taka metafora, odnosząca się być może do systemu pańszczyźnianego, tak samo jak kolonizatorstwo odnosi się do zdobyczy terytorialnych kosztem ziem wschodnich.  Generalnie nie posądzam pisarki o złą wolę, tylko dlatego że jej wypowiedź wpisuje się w trend odbrązawiający historię Polski. Być może literaci i publicyści wpisujący się weń chcą być znów sumieniem narodu, cholera wie. Tylko niestety -  tworzą tak naprawdę fikcję, która udaje rzeczywistość, a publicznie wypowiadają się w takim tonie, jakby ta fikcja była prawdą. Faktycznie, gdybym miał takie podejście do dziejów pierwszej połowy XX w. nie przestawałbym się chyba bić w pierś. TO NIE JEST PROSTOWANIE HISTORII, TYLKO ZASTĘPOWANIE JEDNEGO FAŁSZU INNYM.

Powyższe dywagacje nie powinny mieć jednak znaczenie w jednym - przyznawaniu nagród z twórczość literacką, gdyż ta nie powinna mieć związku z poglądami autora.  

czwartek, 10 października 2019

Nadciąga kataklizm...

Zostałem ostatnio edukatorem i wydawcą, wczoraj projektowałem plakat, a publicystą i tłumaczem byłem wcześniej, więc codzienność coraz szybciej miga mi przed oczami, w co nie bardzo wierzy mój blogowy kolega Asmo. 
W tym młynku, w którym obecnie żyję jakoś nie mam świadomości nadciągającego kataklizmu, czyli wydarzeń 20 października anno domini 2019. Docierają do mnie jakieś strzępki afer, wypowiedzi, a narracja zaczyna być zgoła apokaliptyczna. 
Otóż z wypowiedzi polityków wynika, że nie jest to już walka o jakieś tam stołki, ale bój o cywilizację. Tak, wybory odbywają się być może w cieniu "wielkiego ataku na fundamenty naszej cywilizacji", jak to określił Kaczyński. 
Z kolei, do rangi komisarza Cattani chciałby się chyba powołać Robert Biedroń, dla którego start w wyborach jest chyba walką z mafią (tak zrozumiałem). W sumie ma on trochę racji - partie polityczne faktycznie kierują się hierarchiczną konstrukcją i mafijną mentalnością, wstawiania się za wszystkich, choćby nie wiem jak skompromitowanych kolesiów - na co mamy dowód w postaci ostatnich gównoburz. Biedroń snuje też czarne wizje, Polski ponurej, skatolałej i zaściankowej, w przypadku wyboru PISu i radosnej, atrakcyjnej, uśmiechniętej w przypadku wyboru jego formacji. Cóż, zależy pewnie co kogo raduje, myślę, że po wyborze lewicy nie wszystkie buzie ułożyłyby się w radosną podkówkę, a tym ucieszonym też po jakimś czasie zrzedła by mina. Na razie mamy podsunięte pod nos kolorowe kapsułki, niestety każda wiedzie do innego rodzaju "matrixa", nie do jakiejś normalności.  

Jest poza tym śmiesznie i strasznie. Gdzieś po zapleczach coraz bardziej dryfującej nad przepaścią PO-KO porusza się istna Godzilla, w postaci Lecha Wałęsy, burzącego swym "poparciem" i tak kiepską pozycję tej partii. A wszytko przez Kornela Morawieckiego, któremu tombakowa legenda "Solidarności" postanowiła pośmiertnie dokopać.
Wyborów nie doczekuje również, rzekomo "zaszczuty" Jan Szyszko, przy czym jego śmierć z kolei zbiega się krytyką żłobków zaledwie dzień wcześniej (przypadek? Nie sądzę...). Smutne jest to, że niewielu rusza ta śmierć, niby nad trumną powinno być cicho, ale jednak i tak unoszą się szepty, że człowieka może i szkoda, ale polityka niekoniecznie. 

A w spotach wyborczych PISu objawia się Janusz, osiwiały cień dawnego Siary, otwierający kolejne drzwi do krainy mrocznych czarów i strasznego hokus pokus w wykonaniu Grzegorza Schetyny. Panowie zresztą z jego drużyny gonią już chyba w piętkę, szczególnie chyba Neumann - który zakłada przymierze z samym diabłem (czytaj: "Konfederacją"), byleby odsunąć wraży PIS, co jest zaskakujące ze względu na całkiem niedawną i zajadłą krytykę PISu za umizgi do narodowców. Co się nagle stało? Przestali być bojówkami Kaczyńskiego?  

W poniedziałek jakieś pół Polski obudzi się na potężnym kacu, bez względu na wynik wyborów. 

piątek, 4 października 2019

Ekologiczne działanie lokalne

Rzekomo aż 500 naukowców wystosowało list otwarty do sekretarza ONZ, w którym stoi, że tzw. kryzys klimatyczny nie istnieje. Zbiega się niemal w czasie z bardzo emocjonalnym wystąpieniem Grety Thunberg na szczycie klimatycznym. 
Więc jest ten kryzys czy go nie ma? Co jakiś czas wybucha jakieś pandemonium klimatyczne, ludzie jakby się budzili z letargu i zdawali sobie sprawę że niszczą planetę. I tak jest, niszczą ją odkąd wynaleźli przemysł. Pojawiają się mody na ochronę środowiska - tak mody, bo nikt nie myśli, by działać lokalnie i od podstaw - ucząc od małego szacunku dla przyrody i otoczenia. Zamiast do kina - do lasu z workami na śmieci, nie raz na dekadę w ramach "fejsbookowego czelendżu", ale w ramach nawet zajęć szkolnych, albo specjalnie dedykowanego dnia wolego od pracy.
Być może właśnie takie działanie ma większy sens, a nie urządzanie kosztownych spędów, na których rozchwiana emocjonalnie dziewczynka, usiłuje poruszyć masy infantylnym manifestem, który tak naprawdę zawiera w sobie "oczywiste oczywistości."

Chociaż, czy naprawdę oczywiste?

Kiedyś bez zastanowienia uwierzyłem w "lepszość", żarówek energooszczędnych, a teraz okazuje się według różnych źródeł, że chyba ktoś nas nimi zrobił w jajo, bo ponoć droższa jest ich utylizacja i są bardziej szkodliwe. Alternatywą dla plastikowych sztuców, miały być drewniane, ale przecież też okazało się, że nie do końca, bo trzeba wyciąć jakieś drzewo, by je zrobić. Lista chybionych inicjatyw nie ma końca. 
Dziadek mój - będąc jeszcze w latach 80 nastawionym proekologicznie wspominał o przedwojennym planie elektrowni wodnych - teraz czytam, że one też nie są ekologiczne, bo zakłócają naturalny przepływ wody i wysychanie rzek...
Polecaną teraz alternatywą dla paliw kopalnych jest chyba energia jądrowa, ale to chyba też generuje jakieś odpady i niewykluczone, że po dziesięcioleciach okaże się, że już bardziej eko była energia pozyskiwana z węgla. 

A podnoszenie lokalnej świadomości - jakiejś takiej estymy do środowiska, być może realnie zachęciłoby ludzi do wolontariatu na rzecz takich akcji jak sprzątanie najbliższej okolicy - tak dla siebie, żeby można było wyjść i posiedzieć na trawie, a nie wśród pordzewiałych puszek i reklamówek... choć może tym razem mnie ponosi fantazja.

wtorek, 1 października 2019

Rzeczpospolita babska?

Gdy wczoraj przeczytałem o pomyśle Agnieszki Holland, która uważa, że zbawieniem dla Polski (a może i świata) byłoby pozbawienie mężczyzn na dwanaście lat czynnych praw wyborczych, musiałem sprawę przetrawić. Z kilku powodów - po pierwsze musiałem się zastanowić czy faktycznie nie byłoby lepiej, gdyby jednak tych facetów od polityki odciąć. Taka dwunastoletnia refleksja mogłaby naprawdę przynieść zbawcze skutki - poza tym znana reżyser prorokuje, że gorzej by było tylko przez cztery lata. A skoro potem byłby już tylko lepiej, to na jaką cholerę tym chłopom czynne prawa wyborcze? Odebrać na zawsze.

Z drugiej strony opadły mnie wątpliwości, że skandowanie Scheuring-Wielgus "Precz z dyktaturą kobiet" mogło jednak być prorocze i w końcu one same będą miały tego dosyć - bo wszak jak ejst za dobrze to też niedobrze. A jeszcze gorzej jak ziściłaby się wizja Machulskiego z "Seksmisji" i w międzyczasie pozbawieni władzy samce po prostu by wyginęli, albo po prostu rządzić nie chcieli. :) 

Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że historia zatacza jakiś dziwny krąg. Otóż po latach walki o równouprawnienie, okazuje się, że to jednak nadal nie to, więc najlepiej jest wypróbować jednak wariant dyskryminacyjny, tylko dla odmiany w drugą stronę. Potwierdza to zresztą to co zauważyłem - że wszelkie hasła wolnościowe kończą się na pięknej fasadzie, poza którą zawsze jest jakaś grupa, która dostaje po dupie. 
Aczkolwiek pani Holland nie chce tych facetów tak zupełnie wykluczyć, niech sobie rządzą, zgoda, z tym że rządzić może facet, którego wybiorą kobiety. Czyli jak w tym kawale - mężczyzna jest głową domu, ale tą głową kręci...

wtorek, 24 września 2019

Pechowy biskup

Śledząc karierę Marka Jędraszewskiego, nie można się oprzeć wrażeniu, że człowiek ten przynosi po prostu pecha, sobie i innym. Lista jego rozmaitych wpadek, niefortunnych działań i wypowiedzi jest zaiste zadziwiająco imponująca, jak na jednego skromnego kapłana.
Nie przyniosło mu nic dobrego zaangażowanie w obronę skompromitowanego Paetza i choć zdawać by się mogło, że sympatia do tegoż skłoni go do łaskawszego spojrzenia na środowiska gejowskie - po słowach o tęczowej zarazie nie ma już chyba nikt złudzeń, że tak nie jest. Złośliwcy mogą się jedynie na głos zastanawiać skąd ta wybiórczość. 
Jako metropolita krakowski wzbudził kontrowersje kazaniem o "pancernej brzozie", stanowiące jasny przekaz o zaangażowaniu politycznym Jędraszewskiego i zapewne oprócz przydomku "kapelana PISu" lub PIS-kupa, sprowadziło nań falę krytyki, (choć zyskał również zwolenników) tym bardziej że w Łodzi, gdzie wcześniej "stacjonował", po jego odejściu jakiejś szczególnej żałoby nie było. 
Na polu naukowym również nie wiedzie mu się najlepiej - gdyż okazało się, że w poważnym z założenia artykule, biskup i do tego profesor przywołał jako źródło swoich rozważań historyka, którego istnienie było primaaprilisowym żartem.  
Ambicje zawodowe księdza przykrócił natomiast Watykan, pomijając jego osobę w kardynalskich nominacjach, co gdzieniegdzie wywołało lawinę oburzenia, a także wiele spekulacji - jak to możliwe, że papież Franciszek tak sobie olał Polskę? 
Na koniec dał się poznać jako kiepski pracodawca, w mediach wręcz zahuczało, gdy okazało się, że kobiety z biura prasowego kurii zwalniano według niecodziennego klucza - kierując się zamężnością niewiast. Jest to tym bardziej dziwne, że pracodawca nie musi wcale podawać powodów zwolnienia i pchać się takimi tłumaczeniami z pełną premedytacją na przysłowiową minę. 
Jędraszewski jest bohaterem wielu artykułów - pozytywnym, lub negatywnym, - w zależności kto i gdzie je publikuje i przypomina w tym nieco celebrytę, w myśl założenia, że nieważne jak, byleby gadali. Częściej słychać Jędraszewskiego, niż prymasa Polski Wojciecha Polaka, bez wątpienia dlatego, że ten ostatni waży najczęściej swoje słowa. 
Nie ma wątpliwości, że nie jest to koniec przygód biskupa, tym bardziej, że cieszy się on sporym zainteresowaniem prasy. 

sobota, 21 września 2019

Nie świruj...

Kilka dni temu pojawił się spot, na którym wygłupiający się aktorzy zachęcają do głosowania hasłem "nie świruj, idź na wybory". 
Ani pomysłodawca, ani uczestnicy tej akcji na pewno nie spodziewali się ataku z tej strony.
Suchej nitki na aktorach nie zostawili: rzecznik praw obywatelskich, rzecznik praw pacjenta, Helsińska Fundacja Praw Człowieka oraz Polskie Towarzystwo Psychologiczne. 
Akcję skojarzyłem z niesławnym już rysunkiem A. Mleczki, na którym ze szpitala psychiatrycznego rozlega się skandowanie "Jarosław, Jarosław", choć tak naprawdę obrzydliwy był tylko "performans" Klaudii Jachiry, która zestawiła liczbę chorych psychicznie z liczbą wyborców PIS, kończąc z głupim uśmieszkiem, że "ona nic nie mówi". Ja też nic nie mówię (bo piszę), aczkolwiek tu można się zastanawiać, czy pomysły i zachowanie Jachiry nie plasują jej wśród grupy, do której się odwołała, a wiadomo, że nie o wyborców PISu chodzi. Oczywiście można sprawę prościej wytłumaczyć, pospolitą głupotą, albo podłością. 
Wracając do akcji - oczywiste jest to, że aktorzy nie chcieli drwić z chorych psychicznie, choć mogli spróbować przewidzieć, że fakt udawania objawów chorób psychicznych może wywołać protesty. Efekt jest taki, że trzeba się kajać, Pszoniak niby przeprasza, ale usprawiedliwia się, że przecież nawet Einstein robił głupie miny, jakby nie rozumiejąc w ogóle że nie chodzi w o jego głupie miny. 

Ja w sumie jednak nadal nie jestem pewien, czy w głębszym kontekście jest się o co obrażać.
Szaleństwo jest w sumie powszechne, nie musi być nawet zamknięte w ramach psychiatrycznych diagnoz. Ludzkość jako zbiorowość jest wystarczająco szalona, bo jak inaczej wytłumaczyć potworności XX, a nawet XXI wieku, dla których trudno jest znaleźć logiczne uzasadnienie? 

niedziela, 15 września 2019

Między wiedzą a mądrością

Zastanawiałem się niedawno, a nawet bardzo niedawno - jak to się dzieje, że pomimo rozwoju oświaty, pomimo odkryć cały czas nowych faktów naukowych ludzkość jako zbiorowość wcale nie charakteryzuje się większą mądrością niż nasi odlegli przodkowie. 
W sumie jak zauważymy, że żadne tytuły naukowe, żadne kierunkowe wykształcenie nie zwalnia człowieka z pospolitej głupoty sprawa znajduje nader oczywiste wyjaśnienie - wiedza nie oznacza mądrości. Albo konkretnie - można posiadać wiedzę w wąskiej specjalizacji - a w innych dziedzinach pozostać głupim jak but. 
I tak, mądrości wyssane z książek nie wpływają na kindersztubę, wiedza astronomiczna nie oznacza lepszego pojmowania świata, który mamy pod nosem, bez użycia dalekosiężnego teleskopu. 
A propos książek - one nie gwarantują nawet oświecenia w temacie, o jakim traktują! 
Jaskrawy przykład - wielu dyskutantów jako przykład wyjątkowego okrucieństwa kościoła, przywołuje instytucję inkwizycji. Powstały setki książek traktujących o rozognionych stosach, męczarniach tzw. heretyków i liczonych w milionach ofiar. Nikt nie zwrócił do pewnego momentu uwagi, że  książki oparto na źródłach - starych wprawdzie, ale anglosaskich i niemieckich, vulgo protestanckich. Aż do momentu kiedy Henry'emu Kamenowi nie przyszło do głowy, by zajrzeć do akt samej inkwizycji i napisać jedną z bardzo nielicznych książek, opisujących zjawisko rzetelnie. Oczytani krytycy jego dzieła uznali, że stara się umniejszyć jej winy, choć obraz jaki wynika z publikacji daleki jest od sielankowej laurki. Jednym słowem - oni wiedzą lepiej. I tu warto przedstawić kolejne ciekawe słówko...

Istnieje bowiem w psychologii takie pojęcie jak atrybucja - naiwna teoria przyczynowości. Mówiąc wprost, przywołując przysłowie "nie mierz innych swoją miarką", tłumaczy całokształt błędów wynikających z takiego postrzegania.  Jej siłę wspomaga fakt, iż wytłumaczenie podstawowych, bardzo intuicyjnych zjawisk - faktycznie znajduje prawidłowe rozwiązanie w dość naiwnym myśleniu. Gorzej, jak naiwne myślenie przenosi się na analizę zdarzeń, do których wyjaśniania nie wystarczy intuicja, lecz wiedza. I tu może tkwi odpowiedź na moje pytanie z pierwszego akapitu - dlaczego stopień wykształcenia jakiegoś tam profesora nie wystarczy, by uznać go za osobę mądrą - po prostu intuicja, w dużej mierze oparta na zdolnościach percepcyjnych nie jest wystarczającym narzędziem, a zdobyta wiedza nie dotyczy zjawiska (choć niektórzy usiłują i tak szukać związku ze swoimi doświadczeniami i jakimś zjawiskiem, ale przypomina to próbę odkręcenia śruby z krzyżykiem prostym śrubokrętem. Czasem się udaje...). 

Przyjęcie przed oceną zjawiska zasady, że możemy nie mieć racji, jest bardzo trudne. A chyba nawet w niektórych przypadkach niemożliwe. Nic nie przychodzi człowiekowi tak łatwo, jak zakładanie własnej nieomylności - znam to z autopsji. :)   

poniedziałek, 9 września 2019

Płacz nad Vegą

Nie, nie będzie recki filmu, nawet nie wiem czy się fatygować do kina.
W związku z tym ja płakać nie będę
Będzie o recenzjach i płaczu ich autorów.

Patryk Vega i jego film "Polityka" to jakby Zenek Martyniuk postanowił zaśpiewać "Dziwny jest ten świat" - Tomasz Raczek (na szczęście on akurat powiedział co myśli nie rozpaczając). :)


Cóż, co poniektórzy są zdziwieni, że film Vegi jest słaby, czyli tym czego się spodziewałem od początku - wydmuchanej promocji i najzabawniejszych scen w zwiastunie. Co śmieszne i znamienne, recenzenci nie mają za złe Vedze, że nakręcił film zły, tylko że zaprzepaścił szansę dowalenia PISowi... Prawicowe media chyba w ogóle przemilczały zjawisko, wychodząc być może z założenia że Vega zaorał się sam.

Film Vegi w żaden sposób wyniku wyborów nie zmieni. A szkoda, bo polska polityka zasługuje na wstrząs, na dzieło, które byłoby współczesnym nowym „Weselem”. Albo choćby takim wstrząsem, jakim był film braci Sekielskich o pedofilii w Kościele. Tymczasem film Patryka Vegi nawet nie zbliża się do tych parametrów, najlepsze określenie „Polityki” znalazłem w recenzji Marcina Makowskiego - to „polityczny patostreaming”... 

Tako pisze pan Siennicki z Polska Times.

"Politykę" kończy natomiast pompatyczny i dość naiwny apel do obywatelskiego sumienia. Szkoda tylko, że przez cały film Vega dobitnie pokazuje widzowi, jak bardzo władza nim gardzi i ma w nosie jego problemy. Zamiast natchnienia do głosowania, widz wychodzi z sali z przekonaniem, że cokolwiek by nie zrobił, nie ma już ratunku. Trudno więc oczekiwać, żeby najnowszy film Patryka Vegi wywołał tak szumnie zapowiadane trzęsienie ziemi w polskiej polityce. Ale przecież – jak kilkukrotnie przypomina nam się w filmie – "prawda sama się obroni". Prawda?

A tako Jedliński na Onecie. Ciekawe jakiego natchnienia się spodziewał. :)

Bez względu na lamenty antyrządowców, dziką satysfakcję obozu rządzącego, oraz znudzenie szarego widza, który na "Polityce" ponoć nawet nie bardzo miał się z czego pośmiać, jest jeden wygrany ten sytuacji. Pan Vega we własnej osobie. Film ma szansę na sukces kasowy dzięki sprawnie przeprowadzonej kampanii reklamowej, która tak zwiodła pana Siennickiego...

Czuję się oszukany. Przez Patryka Vegę, który od miesięcy obiecywał bezkompromisowy film o naszej polityce, odsłaniający kulisy i mający zmienić bieg wyborów. Do tego wszystkiego Vega przed premierą nadymał się, mówiąc, że stworzył głębokie dzieło, a pomysły na filmy są mu podsuwane przez „samego Pana Boga”, ba głosił, że podlegał naciskom politycznym PiS, próbowano go przekupić, żeby zmienił datę premiery, miał być szantażowany, a tak w ogóle życie i jego, i rodziny miało być zagrożone.
Okazało się to wszystko świetnie przeprowadzoną kampanią marketingową, Vega oszukał nie tylko mnie. Wywiady z nim przetoczyły się przez wszystkie najważniejsze i najbardziej opiniotwórcze media....

Naprawdę dał się Pan nabrać? Mój Boże, i te "najważniejsze opiniotwórcze media" też się dały nabrać... Szok! 


czwartek, 5 września 2019

Fort III Pomiechówek

... Mógłbym napisać wiele o tym miejscu i ludziach których dziś odnalazłem....

... ale dziś brak mi słów...
















poniedziałek, 2 września 2019

Rajd

Postanowiliśmy się pomimo upału z małżonką "wyrajdzić", wyjeździć jednym słowem - tu akurat na rowerach. Aura była taka sobie - jazda czterdziestu kilometrów w 30 stopniowym upale niekoniecznie jest atrakcją - a dokładniej przestaje nią być w pewnym momencie, gdy organizm ulega przegrzaniu.
I faktycznie, rajdu nie ukończyliśmy, choć bardziej z powodu kontuzji, na którą złożyło się kilka nieoczekiwanych okoliczności, w wyniku których moja małżonka z roweru po prostu "fikła". Wyglądało to fatalnie na szczęście skończyło się na otarciu łydki, niemniej jednak uznaliśmy że darujemy sobie finałowe kilka kilometrów.
Rajd był natomiast związany z dworami Mazowsza, co pozwoliło mi przyjrzeć się bliżej kilku z nich, które znajdują się w rękach prywatnych, a dodany do pakietu rajdowca przewodnik, pokrótce dopowiedział ich historię.




Powyżej dwór w Gradowie, poniżej w Strzyżewie. Żona w czerwonej czapce (oprócz ostatniego zdjęcia - tam w czerwonej czapce nie ma żony)

sobota, 31 sierpnia 2019

Niezbędnik Ateisty

W zasadzie książka wpadła mi w rękę przypadkiem.
Czemu się nią zainteresowałem? 
Nie uważam się za ateistę, ale też emocjonalnie nie czuję związku z żadnym Bogiem. Jedyny Bóg jakiego znam - to wytwór kultury, konglomerat różnych wierzeń, który odpowiada ludzkim założeniom jak taki Bóg mógłby być skonstruowany. 
Natomiast nie potrafię rozstrzygnąć, czy gdzieś pod tą warstwą jest jakiś pierwiastek, byt, czy świadomość, która choć częściowo wychodzi naprzeciw ludzkiej potrzebie by wierzyć. Dlatego już dawno przestało to dla mnie być istotne. 
Ateizm jest dla mnie ciekawy nie jako pogląd, bo jest chyba czymś naturalnym, że w obliczu natłoku informacji, odkryć - człowiek traci wiarę. Bardziej ciekawa jest zaciekła walka niektórych, żeby udowodnić innym że Bóg jest reliktem przeszłości - dodajmy, że szkodliwym. I wywiad z panią Graff uświadamia, że ateizm nie jest dla niektórych celem sam w sobie. Ale rozkminę nad tym odkryciem zostawimy na inny raz.

Wywiady z Niezbędnika to istny groch z kapustą i pomieszanie z poplątaniem. W zasadzie cały opór tych ludzi wobec boga opiera się na sprzeciwie wobec wyobrażeniu nie dotyczącego samej wiary w coś, ale kościołowi jako takiemu, albo konkretnej religii. 

Na pierwszy ogień idzie Agnieszka Graff i  nie będę ukrywał, że część jej spostrzeżeń dotycząca wiary i religii jest celna. Na przykład kwestia upolitycznienia religii - w sumie ten duet funkcjonuje od lat, ale tu akurat został zilustrowany dość trafnie na polskim przykładzie. Ale i tu jakieś dziwne spostrzeżenia sprawiają, że część wywodów trudno przełknąć bez uśmiechu.
"I myślę, że za komuny Bóg był dziwnie podobny do Gierka, a teraz Bóg ma jakby twarz biskupa, ale nie dlatego, że biskup jest reprezentantem Boga, ale po prostu dlatego, że biskup jest władzą, a Bóg stanowi lustrzane odbicie władzy." Naprawdę? Ale jak się okazuje tak samo można skojarzyć z władzą ateizm. Scalonych ze sobą wyznawców niewiary, którzy stanowią polityczną siłę. 

"Od niedawna ateiści zaczęli się organizować jako elektorat i mają pierwsze sukcesy. Mają sponsorów, dojście do kongresmenów czy naukowców, którzy z nimi współpracują. Pojawiają się już wszystkie te strategie, które znamy z ruchów o prawa obywatelskie, czyli integracja strategiczna, nawiązywanie koalicji, bardzo silny networking, wchodzenie w lobbystyczne układy z władzą, sprytne posługiwanie się mediami."

Prawa ateistów... Jakbym gdzieś już o tym słyszał. 
I to też ciekawy fragment - potwierdzający moją tezę, że ateizm zyskuje formę nie indywidualnego światopoglądu, ani nawet nie tylko politycznej siły, ale zorganizowanej wspólnoty, na wzór... kościelnej. (Zresztą dystans do takiego podejścia sprawia, że widzi to dobrze Graff).

"Jedną z pierwszych rzeczy, które pojawiają się na wszystkich stronach internetowych ateistów, humanistów, bezbożników jest oferta rytuału świeckiego."

U pani Graff będą dominowały wątki feministyczne i to jest również aspekt ciekawy. W dyskursie społecznym usiłuje się przekonać mianowicie, że feminizm i podobne do niego organizacje nazywane wolnościowymi, nie chcą absolutnie niczego niszczyć, nie są atakiem na nikogo, ale chcą tylko równych praw. Jest to wierutna bzdura, co daje się zauważyć podczas wywiadu z panią Graff. Powołuje się ona w pewnym momencie na  na "słynny esej Susan Okin "Is Multiculturalism bad for women?" Główna jego teza brzmi, że feminizm jest sprzeczny z ideologią kultywowania tradycji etnicznych, religijnych, lokalnych, czyli z multikulturalizmem." Jeżeli pani Graff uważa ten pogląd za częściowo błędny, to tylko dlatego, iż "stawianie w ten sposób sprawy wyklucza poza obręb feminizmu ogromne rzesze kobiet, dla których uczestnictwo w ich tradycjach kulturowych nie jest kwestią wyboru." Ani słowa o trzeciej możliwości - że jednak są kobiety, dla których tradycyjne modele są kwestią wyboru i na takiej zmianie, która opierałaby się na rujnowaniu pewnego porządku im nie zależy. No, w Polsce zakłada sytuację - że "niestety napięcie na linii Kościół—prawa kobiet jest w Polsce oczywiste, przez co feministki katoliczki często czują się obco w Kościele, a jednocześnie jako katoliczki czują się wykluczone z głównego nurtu feminizmu." Ot problem!  Zresztą świat widziany przez panią Graff jest monochromatyczny, co jest przypadłością zdecydowanej większości feministek, których wypowiedzi czytałem. Jej się w głowie nie mieści, że są osoby które mają inne pojęcie. Gdyby zresztą założyć taką ewentualność, i tak już skomplikowana ideologicznie walka o prawa kobiet stała by się jeszcze bardziej zagmatwana - więc lepiej jest założyć, że kobiety myślące inaczej albo są zdominowane, albo nie istnieją, albo są co najmniej wykluczone, niby są tymi feministkami ale takimi wybrakowanymi... 


piątek, 30 sierpnia 2019

Małe Stópki kontra Baby Shoes

Bez zbędnego komentarza.
Pogoda nas nie rozpieszcza, natomiast jak dodatkowo człowiek nie znajduje żadnych pozytywów w otaczających go środkach masowego przekazu - nieomylny to znak, że należałoby się od nich odciąć.

Ale choć raz - tak w kontekście wczorajszego wpisu o konfliktach - znalazłem rozegranie, które jest istnym majstersztykiem - bez zbędnej retoryki, awantur i obrażania. Odpowiedź ks. Kancelarczyka na feministyczną akcję Bay Shoes jest po prostu szach matem.

czwartek, 29 sierpnia 2019

Między słowem, a mordobiciem

Bodaj gdy tylko na Ziemi pojawiła się pierwsza para myślących istot, wraz z nimi pojawiła się prawdopodobnie od razu różnica zdań. Znawcy tematu zapewne już w tym momencie orientują się, jak tytułowe "słowo" doprowadzić do tytułowego "mordobicia", choć może warto zająć się właśnie tym "między", co może już aż tak bardzo oczywistą kwestią nie być, zwłaszcza że zdarzały się w dziejach przypadki różnic zdań, z których nie wynikała żadna tragedia.
Różnice zdań przybierają różne formy, różne jest ich natężenie i ukierunkowanie. Czasem można zakończyć spór wynikający z różnicy zdań zwykłym machnięciem ręki, i odczepnym "a niech ci będzie, zjemy jabłko"... :P 
Innym razem kończy się nawet wojną.
Z biegiem rozwoju słownictwa i związanym z nim wymyślaniem coraz to większej ilości słów narodziły się krytyka i argumentacja - jako elementy pomocnicze, zastępujące wśród wyżej cywilizowanych jednostek kamienie, maczugi i tym podobny asortyment używany przy rozstrzyganiu wspomnianych różnic. Jednym słowem, teoretycznie miało się ku lepszemu.
Do czasu...
Nagromadzenie mniej lub bardziej potrzebnych słów sprawiło jednak, że człowiek zaczął z nich budować rozmaite, przedziwne czasem konstrukcje, nazwijmy je roboczo ideologiami, choć nie jest to może najszczęśliwsza nazwa. 
Dlaczego nienajszczęśliwsza?
No cóż, słowa zakorzenione w ludzkiej świadomości na ogół znaczą to co znaczą, ale z biegiem czasu, okazuje się, że nie są w stanie sprostać konstruktowi. Oczywiście można wymyślać nowe, ale ktoś wpadł na pomysł, że lepiej jest zmienić, albo rozszerzyć znaczenie starych. 
I co z tego wynika?
No cóż, załóżmy, że dwóch osobników sprowadza swoją różnicę zdań do konsensusu (też ładne słowo) definiując go odpowiednio słowami. A za jakiś czas okazuje się, że rzeczywiste skutki tego pozornego konsensusu nie są satysfakcjonujące dla jednej (albo żadnej!) ze stron, bo obydwie rozumieją inaczej znaczenie słów, na podstawie których udało się osiągnąć porozumienie. 
I dupa zbita, awantura zaczyna się od nowa.
Ideologia stała się także czymś złym, choć w praktyce oznacza ona wspólne poglądy na jakiś aspekt, czyli teoretycznie pozytywny wynik wszelkich dyskusji (niestety dzieje się tak dlatego, że te wspólne poglądy dotyczą jakichś grup, a nie ogółu ludzkości). Tymczasem zaglądając do słownika PWN znajdujemy taki oto... 

"Ideologię rozumie się więc jako zespół symboli, mitów, schematów myślowych i struktur językowych, które kształtują komunikację między ludźmi, odzwierciedlając istniejące polityczne i kulturowe hegemonie (Yesss! Kulturowa hegemonia rulez!!!); z drugiej strony widzi się w niej strategię zmian oraz zespół ideałów nadających kierunek politycznemu i społecznemu działaniu."

Ale to nie koniec... bo może to być...

 "system leżący u podłoża doktryny politycznej, której celem jest realizacja jakiejś utopii... "

A utopia to albo "projekt idealnego ustroju politycznego", albo "zamiar niemożliwy do zrealizowania" , Uff, pogubiliście się już?

Nic dziwnego, że ludzie mający jakieś poglądy zarzekają się, że to co myślą to wcale nie ideologia, ale to co myśli oponent, o, to dopiero jest ideologia! 

Ponieważ następuję tu problem już na etapie określenia o czym my tu gadamy, pozostaje szukanie prostszych rozwiązań. I tu wkracza metoda wuja Staszka - mistrza ciętej riposty.  (Szczegóły pod tym linkiem, nie będę pisał elaboratu.)

Jeden krótki, dosłowny wyraz, określający co możemy zrobić ze swoim pomysłem, poglądem, zdaniem... może wzbudzić frustrację i zdenerwowanie. Jego prostota wytrąca oponentowi wszelkie argumenty. oczywiście można wzorem hrabiego Ponimirskiego zachować godność i odpowiedzieć, 
"przepraszam za szczerość, ale pan jesteś bydlę". Ale widać już jasno, że dyskusji na wyższy poziom wznieść się już nie da.
Co zostaje?
Maczugi i kamienie...



wtorek, 27 sierpnia 2019

Fundusz Kościelny

Lewica wśród licznych postulatów dotyczących kościoła proponuje m.in. likwidację funduszu kościelnego - i to jest pomysł, nie nowy wprawdzie, ale taki, nad którym warto się pochylić, gdyż jest to wydatek budżetowy będący pewnym anachronizmem, który oprócz faktu, że staje się coraz bardziej dyskusyjny i przestaje kogokolwiek zadowalać.

Niektórzy wskazują na wzór niemiecki - niech płacą ci, co wierzą - czyli zastąpienie funduszu podatkiem od wiernych. Prawdę mówiąc, pomysł wydaje się dobry, żeby zobaczyć jak to działa, przyjrzałem się bliżej takiemu rozwiązaniu.
U naszych sąsiadów po prostu nie ma "co łaska" bo na to idzie właśnie podatek. To ukróciło by swawolę księży, dla których "co łaska" oznacza nierzadko darcie z parafian ile wlezie, bo byle kościelny nie poniesie przez 20 minut pogrzebu krzyża za niżej niż kilka stów. Zatem - wraz z podatkiem moim zdaniem - skoro finansowane by były z niego istotnie pensje księży, powinno się znieść "co łaskę". 
Z drugiej strony, u Niemca, z takie wydatki jak pensje dla prowadzących lekcje religii, albo remonty obiektów sakralnych są scedowane na inne sektory budżetu - u nas finansowane są FK, choć udział wydatków na remonty jest zdecydowanie najmniejszy.

Co może niektórych zaskoczyć - likwidacja podatku kościelnego i zamiana go na 1% odpisu od podatku jeszcze w 2011 roku była propozycją Episkopatu, a nie "atakiem na kościół".
"Strona kościelna proponuje likwidację Funduszu Kościelnego i zastąpienie go możliwością dobrowolnego przekazania 1% z PIT na rzecz wybranego Kościoła lub związku wyznaniowego" - informował wtenczas rzecznik Episkopatu ks. Józef Kloch.
Dyskusje stanęły w martwym punkcie, rzekomo ze względu na brak zgodności wśród hierarchów kościelnych, aczkolwiek silniejszy chyba był opór mniejszych związków wyznaniowych, które obawiały się, że w takim wypadku nie dostaną już od nikogo złamanego grosza. :)

W 2019 dokładnie to samo powtarza dr hab. Paweł Borecki, kierownik katedry Prawa Wyznaniowego Wydziału Prawa i Administracji UW, komentując pomysł Biedronia. - "Fundusz Kościelny w dotychczasowym kształcie powinien być zlikwidowany. - Nie kasowałbym go całkiem, tylko zostawił pewnie środki na działalność charytatywną i konserwację obiektów sakralnych. Bo teraz Kościół płaci za to właśnie z funduszu. Przy likwidacji dałbym coś w zamian Kościołowi. Wprowadziłbym możliwość przekazania 1 procenta podatku na legalnie działające związki wyznaniowe."

Pomysł lewicy w swym założeniu jest w zasadzie niedoprecyzowany, mam wrażenie, ze kończy się na "zabrać kościołowi". Mnie tymczasem wariant omawiany przez Boreckiego podoba się najbardziej - dodałbym jeszcze ujednolicenie cennika usług pogrzebowych, albo faktycznie - jeżeli na utrzymanie kościoła mają płacić wierni, utrzymujący go ze swoich  pieniędzy, to posługę powinni mieć za darmo.




czwartek, 22 sierpnia 2019

W Interesie Społecznym


To nowy film dziennikarza śledczego Mariusza Zielke. Udało mi się dziś dowiedzieć się nieco więcej u źródła, generalnie według Pana Mariusza zainteresowanie mediów było znikome, choć dokument nie jest jakąś odpowiedzią na film Sekielskich - wcale od tematu pedofilii kościelnej nie ucieka. Z tego co się dowiedziałem, będzie to po prostu ujęcie bardziej kompleksowe - wskazujące na mechanizmy krycia pedofilii także w innych środowiskach.

Link do bloga Mariusza Zielke.