wtorek, 24 grudnia 2019

Przerywnik świąteczny

Moi Drodzy.
Niezależnie w co wierzycie, czy też nie wierzycie - życzę Wam wszystkim spokojnego czasu, spędzonego jak najprzyjemniej, najlepiej w gronie bliskich Wam osób.

sobota, 21 grudnia 2019

Karp a la Tokarczuk

W sumie ten post powstał niejako jako kontynuacja poprzedniego.

Żeby nie wyjść na totalnego antykulturowca, przeczytałem mianowicie opowiadanie Tokarczuk. Tym bardziej, że było dostępne ZA DARMO (o zgrozo!). Za darmo, bo to część kampanii społecznej mającej na celu uświadomienie niektórym troglodytom, jak bardzo zbrodniczym i złowieszczym czynem jest mordowanie i pożeranie karpi na wigilie. A, "o zgrozo", bo fakt udostępnienia za darmo przez noblistkę stroniczki tekstu wprowadził w ekscytację różne przedukujące je media. Dziś za to widziałem długaśną kolejkę chętnych dokonać tej przedwigilijnej rzezi...  I wiecie co? Była nieco krótsza, niż kolejka po autograf pisarki w Krakowie.

Powiem szczerze - osobiście nie lubię potraw z karpia - raz, że ryba ta jest pływającym śmietnikiem, dwa - jest po prostu tłusta. Również użynanie mu łba nie jest dla mnie czynnością, którą pragnąłbym się oddawać w Święta. Nie zmienia to jednak mojego podejścia do karpia jako czegoś innego niż zwykła ryba - w żaden sposób nie będąca zareagować na empatię, którą obdarzają ją różni ludzie, wyobrażający sobie co ona może czuć. Rybą, nad losem której - w świecie pełnym całkowicie bezzasadnych obrzydliwości popełnianym na istotach - zwłaszcza tych myślących - nie tylko nie zamierzam się użalać, ale też sam fakt tego użalania, przekraczający proste stwierdzenie, że ktoś nie zabija i nie jada karpi bo jest mu ich szkoda - uważam za żałosny. 
 Widziałem jak się go zabija nieraz - nie przypominało to niestety, a może na szczęście traumatycznego przeżycia jakie stało się udziałem rodziny opisanej przez Tokarczuk w opowiadaniu "Gość" - związanego z ubiciem karpia. Dziadek brał karpia na deskę i kroił mu łeb (tłuczek służy do ogłuszenia ryby, a nie zabijania). I tyle. Szybko, sprawnie, bez sąsiada z dołu ani awantury. Potem okazało się, że tzw. ryba po grecku smakuje nam bardziej i karpie przestały gościć na wigilijnym stole, oraz blokować wannę.
Ale wróćmy do opowiadanka.
Rodzina zasiada przy stole jedynie z poczuciem zadośćuczenia tradycji, która tak naprawdę nikomu nie sprawia satysfakcji - i ten element jest wątkiem akurat częściowo trafionym - bo akurat robienie czegoś "bo tak wypada" zdarza się nader często - zwłaszcza w święta. Nawiązanie do "gościa" wigilijnego, który wedle sugestii - miał pływać cały czas w wannie, ale trafił do stołu w postaci dania (a nie współbiesiadnika?) - przerosło moje poczucie zrozumienia, a także identyfikacji z podmiotem opowiadania.
Czy w domu, czy gdzie indziej, czy to karp, czy to mintaj, w sieci czy na wędkę - ktoś tą rybę musi złapać i zabić, narażając stworzenie na stres, ból i tak dalej. Bóg raczy wiedzieć, czemu pomysłodawcy akcji "Jeszcze żywy karp", uwzięli się akurat na ten gatunek ryb. Ale czekam już z utęsknieniem na opowiadanie, którego bohaterką stanie się mucha - brzęcząca sobie beztrosko, zanim nie dosięgnie jej cios zwiniętą gazetą... oby nie Wyborczą, gdyż mielibyśmy jeszcze dodatkowy wątek desekracji jedynego prawilnego słowa pisanego.
    

czwartek, 12 grudnia 2019

Obywatel Kot



Od jakiegoś czasu, krąży w necie fragment wywiadu dla Radia Zet p. Magdaleny Środy, w którym opowiada ona o obywatelstwie, dla zwierząt...

– Jest taka propozycja, żeby zwierzętom przydzielić obywatelstwo. Są zwierzęta udomowione, które powinny być traktowane jak współobywatele, potem są zwierzęta liminalne, graniczne, które żyją z nami np. szczury, karaluchy albo coś takiego i one powinny mieć status uchodźców i są zwierzęta dzikie, które powinny mieć status obywateli państw suwerennych...

Ce que? Szczerze mówiąc nawet ja nie wziąłem tego serio, tym bardziej, że zaraz pojawiły się głosy, że to manipulacja. Postanowiłem więc wysłuchać swojej ulubienicy w szerszym kontekście. Okazuje się,  że pomysł pochodzi z książki "Zoopolis" Sue Donaldson i Willa Kymlicka, z tym, że... w niczym nie zmienia to faktu, że profesor Środa przytacza filozoficzną wizję autorów tej książki całkiem na poważnie, jako rodzaj pewnego rozwiązania systemowego stosunków człowiek - zwierzę...

Przełomowość pracy Sue Donaldson i Willa Kymlicki polega na przeniesieniu debaty o zwierzętach ze sfery etyki stosowanej do sfery teorii politycznej. "Zoopolis" nie prezentuje zwierząt jako przedstawicieli zagrożonych gatunków czy cierpiących ofiar, lecz jako złożonych, indywidualnych aktorów życia politycznego, których - podobnie jak ludzi - dotyczą kwestie suwerenności, terytorium, kolonizacji, migracji i przynależności. Nie jako naszych poddanych, lecz jako naszych równorzędnych partnerów. - czytamy w recenzji.

Czyli, innymi słowy autorzy zakładają zrównanie człowieka ze zwierzętami w przestrzeni społecznej, która do tej pory była zarezerwowana dla ludzi. Znane mi są już takie przypadki - o coś podobnego chodziło kiedyś Kaliguli, który swego konia mianował konsulem. Aż się prosi o komentarz ze strony jakiegoś pieska czy kotka, a nawet może lepiej by było, gdyby napisał ją przedstawiciel zwierząt liminalnych, pewnie uda się bez trudu znaleźć jakiegoś uczonego karaczana...



Być może część prawdy w tym jest, że stosunek człowieka do zwierzęcia coś mówi o jego charakterze. Człowiek okrutny wobec zwierząt z pewnością nie grzeszy nadmiarem empatii wobec drugiego człowieka. Ale nasuwający się wniosek, że konsumpcja kurczaka za kilka lat urośnie do rangi zbrodni porównywalnej z kanibalizmem, a wszelkiego rodzaju farmy zostaną uznane za obozy zagłady, zarządzane przez zwyrodniałych psychopatów, czyli wedle dzisiejszego nazewnictwa hodowców, skłania mnie do zupełnie innych rozmyślań. Że dochodzi tu do zakłócenia pewnej równowagi emocjonalnej w relacjach człowiek - zwierzę, że środek ciężkości zostaje przesunięty w stronę coraz większego uczłowieczania zwierząt, czy też wręcz ich antropomorfizacji. Kosztem czego?    

Podczas wywiadu Środa podpiera się autorytetem naszej świeżej noblistki, która stwierdziła że za 50 lat będziemy się wstydzić, że jedliśmy ludzkie mięso. Jest to całkiem możliwe (pomimo zamieszczenia przez Niezależną sceny pałaszowania przez Tokarczuk kiełbasek, to nie wyklucza, że nie trzeba czekać 50 lat, żeby jej z tego powodu było przykro). 


Jak ktoś ma chęć może słuchać całą środę... A nie to czwartek dziś. Zatem całej Środy.

https://www.youtube.com/watch?v=aRL1s3ZhLR4

sobota, 7 grudnia 2019

Ludzie i Potwory

Ostatnio ktoś z triumfem odkrył, że żeńskie nazwy zawodów istniały w języku polskim od dawien dawna. Fakt, istniały i istnieją, a ich tworzenie od formy męskiej jest poprawne gramatycznie, inna sprawa, że te męskie formy mają charakter rodzajowy i ogólny - co jest mylnym argumentem uprzywilejowania mężczyzn w grupach zawodowych (uwaga - nie znaczy to wcale, że takie uprzywilejowanie nie występuje w praktyce - jak najbardziej występuje).
Nie mniej jednak w przypadku tworzenia żeńskich form na siłę (feminatywy) język polski stawia zdecydowany opór. Nie da się zrobić formy żeńskiej od kolejarza, bo wyjdzie nam czapka, od marynarza część odzieży, a z innych głupio brzmiące słowotwory typu "psycholożka", czy "dramaturżka" (w tworzeniu takich przodują "Wysokie Obcasy").
Co ciekawe w niektórych przypadkach historia zatacza koło - i przywraca z niebytu archaizmu typu techniczka (co przynajmniej dobrze w miarę brzmi) prosto ze słownika Doroszewskiego.

niedziela, 1 grudnia 2019

Od kamienia do książki

Tak się złożyło, że służbowo wylądowałem w Bełchowie, a Pan którego odwiedzaliśmy zaprowadził nas do lasu, gdzie onegdaj stał magazyn amunicyjny. Tenże magazyn w kwietniu 1915 wyleciał w powietrze i dziś w tym miejscu stoi kamień upamiętniający ofiary wybuchu. 

Trudno zrekonstruować przebieg wydarzeń i liczbę ofiar - mówi się, że liczba 159 ich właśnie dotyczy - lecz chodzi tu raczej o nr. oddziału tzw Stawiaczy Min (Skrót MWA - Minenwerfer Abteilung)


Szukając informacji natrafiłem na tekst, który jako jedno ze źródeł wskazywał książkę - dość unikatową, - Spisaną w czasie Wielkiej Wojny przez niejakiego Władysława Tarczyńskiego kronikę Łowicza. Jest to jedna z czterech wydanych książek z serii Wielka Wojna - Codzienność Niecodzienności, w skład której wchodzą. 

Trochę się zazdrości tym, co nie dożyli tych czasów... Dziennik Ludwiki Ostrowskiej z Maluszyna - I tom serii
Ta wojna zmieni wszystko… Dziennik Janiny Gajewskiej - II tom serii
Był czyn i chwała!...Józef Gabriel Jęczkowiak,Wspomnienia harcerza 1913-1918 - III tom serii
Nie wybiła godzina wybawienia z otchłani nieszczęść… Kronika dziejów Łowicza Władysława Tarczyńskiego - IV tom serii.

Okazało się, że książkę można kupić na allegro za 10 zł. Jedną jedyną. Więc kupiłem i chyba był to udany zakup, bo ogólnie seria jest niedostępna, a po tym jak ją nabyłem zniknęła z allegro. Jest o tyle ciekawa, że nie zawiera analizy działań wojennych, (choć autor pisze sporo o ruchach wojsk itp) ale skupia się na życiu ludzi - mieszkańców Łowicza. 




środa, 27 listopada 2019

W nawiązaniu i bez


Jeden z pomysłów ratowania stoczni Szczecińskiej polegał na lukratywnym kontrakcie z Imperium. Niestety, współpraca nie rozwinęła się, większość wie dlaczego, a jak nie to niech się wybierze do kina... 


Niektórzy twierdzą, że bycie katolikiem polega na chodzeniu do kościoła... 



A inni, a może nawet ci sami, że katecheci ani księża nie mają poczucia humoru i w większości są nawiedzonymi bucami...

wtorek, 19 listopada 2019

Feminizm i neopogaństwo

Natrafiłem w sieci na artykuł, napisany przez Jana Bodakowskiego o złowieszczym tytule "Wiccanizm - czyli demoniczna twarz feminizmu". Abstrahując już od faktu, że autor raczej słabo orientuje się w temacie wrzucając do jednego wora Crowleya z satanistami, Wiccanami i sam pewnie nie wie czym jeszcze - związkom współczesnego czarostwa (czarownictwa) i feminizmu faktycznie nie można zaprzeczyć. 

Można poczytać sobie albumik - książkę Erici Jong, i zajrzeć na kilka stron dotyczących wicca, żeby zobaczyć, że sama religia i jej założenia to istny groch z kapustą. Odwołania do wszystkiego co można - Celtów, Greków, w jakimś stopniu New Age, wspomnianego Crowleya - gdyż postrzegany za twórcę (a raczej propagatora odrodzenia tej religii) Gerald Gardner znał się z nim osobiście i czerpał z Thelemy pełnymi garściami. Co ciekawe, łączy te neoreligię zawsze krytyka wobec Chrześcijaństwa, a w przypadku Wiccan do tzw. patriarchatu (to mniej więcej jest spójne - aczkolwiek też w różnych wymiarach). Do tego wszystkiego dodano otoczkę rytualizmu i tonę rodzajów magii - ale nie chciało mi się z powodu różnorodności w to na razie wnikać.
Jest też parę (żeby tylko) sprzeczności - nie bardzo np. rozumiem, jak w wiccanizmi godzi się kult bogini matki, vulgo płodności z poparciem dla aborcji (choć w nie w tej religii żadnych zasad to określających w przeciwieństwie do satanizmu, którego to członkowie zaczynają nawet działać społecznie w ruchu proaborcyjnym - ale to temat na inną notkę, tym bardziej że satanistów amerykańskich oskarżano nawet swego czasu o rytualne aborcje - temat odgrzany w świetle wniosku  Kościoła Satanistycznego złożonego do Sądu Najwyższego w USA, o zniesienie obowiązku pogrzebu lub kremacji szczątków poaborcyjnych w Indianie), albo co do tego mają średniowieczne czarownice, które tak naprawdę niewielkie miały pojęcie o tych kultach, będąc w większości zwykłymi kobiecinami, które nie podobały się sąsiadom, ofiarą swych czasów...  no chyba że urastają do symbolu uciemiężenia przez patriarchat. 

Wiccanie czczą w zasadzie dwa bóstwa - Bogini Matkę i Rogatego Boga - ten ostatni zwłaszcza kojarzy je z satanistami, ale to prędzej wina chrześcijaństwa, które starodawne wyobrażenia Herna, czy też Pana, albo celtyckiego  Cernunnosa - bóstwa co najmniej neutralne - skojarzyły z diabłem. Ten Hern znów trochę dziwi - gdyż był myśliwym, czyli takim trochę anty eko...
Acha - żeby nie było, to ktoś może mieć pretensje o to mieszanie ciągłe feminizmu z viccanizmem, ale jakimś cudem najbardziej zasiliły ten ruch w USA i Anglii właśnie one. Mówi się, że tak naprawdę nie chodzi w tym o żadną religię - stąd ta brak systematyki, a o negację chrześcijaństwa, a podstawy są wręcz ateistyczne. I chyba faktycznie czarownica współczesna nie jest zbytnio wierząca, ograniczając te elementy religijne do roli symbolu. Grupa wyznawców wicca tworzy tak zwany kowen, w którym każdy jest w zasadzie kapłanem swego bóstwa, choć na jego czele stoi para odgrywająca dwa bóstwa (przynajmniej z taką konstrukcją się spotkałem w literaturze, ale niewykluczone że są też inne konfiguracje - dlatego może zdarzyć się, że nie dogada się nawet wiccanin z wiccaninem). 

Jong pisze - że ów pradawny kult Bogini Matki przekształcił się z biegiem czasu - rozdzielając ją na dwie postacie - czarownicy staruchy i dziewicy - z czego drugą tylko przyswoili sobie Chrześcijanie czcząc Maryję Dziewicę - "okaleczoną z seksualności". To seksualność jest złem uosobionym w starej jędzy, wiedźmie. 

Istotnie, Chrześcijaństwo wiele ludzkich instynktów wzięło w ryzy, tworząc inny wzorzec moralności, który neopogańskim nurtom religijnym nie przypada do gustu. Argument jest ten sam - ogranicza wolność człowieka i tłumi jego naturalne potrzeby. Nakłada na tego pierwotnego człowieka, czczącego siły natury kaganiec sumienia. I to zaczyna coraz bardziej uwierać...

wtorek, 12 listopada 2019

Wystawa

Wystawiamy w muzeum aktualnie dzieła Andrzeja Novák-Zemplińskiego, choć do zwiedzania jest udostępniona od jakiegoś czasu - tutaj jeszcze w fazie "produkcji".

Jak sam artysta stwierdził jego obrazy nie nadają się do galerii - nadają klimat pomieszczeniom mieszkalnym (pomieszczeniom jednak bądź co bądź dużym). Dlatego uzupełnione zostały meblami, pochodzącymi głównie z domu malarza, o którym napiszę za chwilę...


Okazją dla urządzenia wystawy był jubileusz 70 letnich urodzin artysty. Tematem są malowane głównie na zamówienie konie, zaprzęgi, sceny historyczne - jest to malarstwo z laickiego punktu widzenia tradycyjne, klasyczne. 

Pan Andrzej mieszka i tworzy w dworku w Tułowicach, dzięki niemu budynek ocalał i został przywrócony do dawnej świetności. 


piątek, 8 listopada 2019

Słowiańskie sny...

Urokliwe odwołania do tematów prasłowiańskich w malarstwie Witolda Pruszkowskiego (1846-1896).
W kolejności:
"Widziadło"
"Wiosna"
"Rusałki"
"Piękno nie z tego świata" i  w zasadzie jakby inna, trochę bardziej erotyczna wersja tego obrazu p.t "Zaduszki".
"Smok Podwawelski"

Nie chciało mi się weryfikować tytułów, ale mam nadzieję że podpisy były trafione.









sobota, 2 listopada 2019

Pamięć i niepamięć

W Sochaczewie znajduje się jedna z największych, nekropolii wojennych w Polsce, może nie pod względem terenu, ale liczby pochowanych żołnierzy. Spoczywa ich tam ponad 4000 poległych w Bitwie nad Bzurą, oraz podczas trwania okupacji. 
Niektórzy uważają, że upamiętnienie poległych jest ważne, innych te sprawy w ogóle nie obchodzą. Ja po prostu uważam, że warto. Warto pamiętać. Nawet w kontekście manifestu antywojennego. 



Żołnierze wszystkich wyznań - równi wobec wroga. I śmierci na polu bitwy, niestety.


Przy ulicy Traugutta, na cmentarzu komunalnym, przy grobie majora Feliksa Kozubowskiego, który zginął podczas obrony Sochaczewa. Na pomysł zapalenia lampki wpadł mój syn (na fotce), choć nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy, ani nic mu nie sugerowałem. Za kilka dni odbywa się olimpiada historyczna, do której się zgłosił i choć bardziej interesuje go średniowiecze, cieszy mnie jego podejście do historii, zwłaszcza, iż jest to umysł ścisły, czyli matematyczny.


Z Żyradowa natomiast wysiudano Nila na rzecz Jedności Robotniczej. W sumie nie przeszkadza mi, że zmieniono ulicę "Łupaszki" na Podlaską - ot, po prostu wycofano kontrowersyjne nazwisko na rzecz nazwy zupełnie neutralnej.
Fieldorf natomiast, z tego co mi wiadomo, nie splamił się nigdy żadnym niegodnym czynem, więc zmiana nazwy na Jedności Robotniczej - symbolu połączenia PPS i PPR w niesławną PZPR, wydaje mi się posunięciem słabym co najmniej.

sobota, 26 października 2019

Tajemnicze tunele, niezwykłe artefakty ukryte w podziemiach... Zdawać by się mogło, że bajka.
A jednak nie do końca...


"Der Gouverneur des Distrikts Warschau", głosi napis na ciężkiej, żeliwnej tablicy, na której pozostały jeszcze resztki czerwonej farby.
Gubernatorem Dystryktu Warszawskiego był osławiony Ludwig Fischer. Jego siedzibą, praktycznie przez całą okupację był warszawski pałac Brühla, lecz w trakcie Powstania Warszawskiego, 9 sierpnia rozpoczęła się ewakuacja urzędu. Jego funkcjonariusze uciekli w ostatnim momencie, powstańcy ostrzelali wycofującą się ze stolicy kolumnę, raniąc dwie sekretarki, samego Fishera, oraz zabijając, jego zastępcę Hummela. Siedzibą urzędu stał się wpierw na krótko Helenów koło Pruszkowa, następnie Sochaczew, gdzie w okrojonym składzie funkcjonował on do stycznia 1945 r.

czwartek, 24 października 2019

Spojrzenie



Ludzie lubią tworzyć mity i w nie wierzyć, albo nawet żyć nimi. Demonizować różne zjawiska, bądź je gloryfikować... Zabawne jest, że często są to te same rzeczy...

***

środa, 16 października 2019

piątek, 4 października 2019

Ekologiczne działanie lokalne

Rzekomo aż 500 naukowców wystosowało list otwarty do sekretarza ONZ, w którym stoi, że tzw. kryzys klimatyczny nie istnieje. Zbiega się niemal w czasie z bardzo emocjonalnym wystąpieniem Grety Thunberg na szczycie klimatycznym. 
Więc jest ten kryzys czy go nie ma? Co jakiś czas wybucha jakieś pandemonium klimatyczne, ludzie jakby się budzili z letargu i zdawali sobie sprawę że niszczą planetę. I tak jest, niszczą ją odkąd wynaleźli przemysł. Pojawiają się mody na ochronę środowiska - tak mody, bo nikt nie myśli, by działać lokalnie i od podstaw - ucząc od małego szacunku dla przyrody i otoczenia. Zamiast do kina - do lasu z workami na śmieci, nie raz na dekadę w ramach "fejsbookowego czelendżu", ale w ramach nawet zajęć szkolnych, albo specjalnie dedykowanego dnia wolego od pracy.
Być może właśnie takie działanie ma większy sens, a nie urządzanie kosztownych spędów, na których rozchwiana emocjonalnie dziewczynka, usiłuje poruszyć masy infantylnym manifestem, który tak naprawdę zawiera w sobie "oczywiste oczywistości."

Chociaż, czy naprawdę oczywiste?

Kiedyś bez zastanowienia uwierzyłem w "lepszość", żarówek energooszczędnych, a teraz okazuje się według różnych źródeł, że chyba ktoś nas nimi zrobił w jajo, bo ponoć droższa jest ich utylizacja i są bardziej szkodliwe. Alternatywą dla plastikowych sztuców, miały być drewniane, ale przecież też okazało się, że nie do końca, bo trzeba wyciąć jakieś drzewo, by je zrobić. Lista chybionych inicjatyw nie ma końca. 
Dziadek mój - będąc jeszcze w latach 80 nastawionym proekologicznie wspominał o przedwojennym planie elektrowni wodnych - teraz czytam, że one też nie są ekologiczne, bo zakłócają naturalny przepływ wody i wysychanie rzek...
Polecaną teraz alternatywą dla paliw kopalnych jest chyba energia jądrowa, ale to chyba też generuje jakieś odpady i niewykluczone, że po dziesięcioleciach okaże się, że już bardziej eko była energia pozyskiwana z węgla. 

A podnoszenie lokalnej świadomości - jakiejś takiej estymy do środowiska, być może realnie zachęciłoby ludzi do wolontariatu na rzecz takich akcji jak sprzątanie najbliższej okolicy - tak dla siebie, żeby można było wyjść i posiedzieć na trawie, a nie wśród pordzewiałych puszek i reklamówek... choć może tym razem mnie ponosi fantazja.

niedziela, 15 września 2019

Między wiedzą a mądrością

Zastanawiałem się niedawno, a nawet bardzo niedawno - jak to się dzieje, że pomimo rozwoju oświaty, pomimo odkryć cały czas nowych faktów naukowych ludzkość jako zbiorowość wcale nie charakteryzuje się większą mądrością niż nasi odlegli przodkowie. 
W sumie jak zauważymy, że żadne tytuły naukowe, żadne kierunkowe wykształcenie nie zwalnia człowieka z pospolitej głupoty sprawa znajduje nader oczywiste wyjaśnienie - wiedza nie oznacza mądrości. Albo konkretnie - można posiadać wiedzę w wąskiej specjalizacji - a w innych dziedzinach pozostać głupim jak but. 
I tak, mądrości wyssane z książek nie wpływają na kindersztubę, wiedza astronomiczna nie oznacza lepszego pojmowania świata, który mamy pod nosem, bez użycia dalekosiężnego teleskopu. 
A propos książek - one nie gwarantują nawet oświecenia w temacie, o jakim traktują! 
Jaskrawy przykład - wielu dyskutantów jako przykład wyjątkowego okrucieństwa kościoła, przywołuje instytucję inkwizycji. Powstały setki książek traktujących o rozognionych stosach, męczarniach tzw. heretyków i liczonych w milionach ofiar. Nikt nie zwrócił do pewnego momentu uwagi, że  książki oparto na źródłach - starych wprawdzie, ale anglosaskich i niemieckich, vulgo protestanckich. Aż do momentu kiedy Henry'emu Kamenowi nie przyszło do głowy, by zajrzeć do akt samej inkwizycji i napisać jedną z bardzo nielicznych książek, opisujących zjawisko rzetelnie. Oczytani krytycy jego dzieła uznali, że stara się umniejszyć jej winy, choć obraz jaki wynika z publikacji daleki jest od sielankowej laurki. Jednym słowem - oni wiedzą lepiej. I tu warto przedstawić kolejne ciekawe słówko...

Istnieje bowiem w psychologii takie pojęcie jak atrybucja - naiwna teoria przyczynowości. Mówiąc wprost, przywołując przysłowie "nie mierz innych swoją miarką", tłumaczy całokształt błędów wynikających z takiego postrzegania.  Jej siłę wspomaga fakt, iż wytłumaczenie podstawowych, bardzo intuicyjnych zjawisk - faktycznie znajduje prawidłowe rozwiązanie w dość naiwnym myśleniu. Gorzej, jak naiwne myślenie przenosi się na analizę zdarzeń, do których wyjaśniania nie wystarczy intuicja, lecz wiedza. I tu może tkwi odpowiedź na moje pytanie z pierwszego akapitu - dlaczego stopień wykształcenia jakiegoś tam profesora nie wystarczy, by uznać go za osobę mądrą - po prostu intuicja, w dużej mierze oparta na zdolnościach percepcyjnych nie jest wystarczającym narzędziem, a zdobyta wiedza nie dotyczy zjawiska (choć niektórzy usiłują i tak szukać związku ze swoimi doświadczeniami i jakimś zjawiskiem, ale przypomina to próbę odkręcenia śruby z krzyżykiem prostym śrubokrętem. Czasem się udaje...). 

Przyjęcie przed oceną zjawiska zasady, że możemy nie mieć racji, jest bardzo trudne. A chyba nawet w niektórych przypadkach niemożliwe. Nic nie przychodzi człowiekowi tak łatwo, jak zakładanie własnej nieomylności - znam to z autopsji. :)   

poniedziałek, 9 września 2019

Płacz nad Vegą

Nie, nie będzie recki filmu, nawet nie wiem czy się fatygować do kina.
W związku z tym ja płakać nie będę
Będzie o recenzjach i płaczu ich autorów.

Patryk Vega i jego film "Polityka" to jakby Zenek Martyniuk postanowił zaśpiewać "Dziwny jest ten świat" - Tomasz Raczek (na szczęście on akurat powiedział co myśli nie rozpaczając). :)


Cóż, co poniektórzy są zdziwieni, że film Vegi jest słaby, czyli tym czego się spodziewałem od początku - wydmuchanej promocji i najzabawniejszych scen w zwiastunie. Co śmieszne i znamienne, recenzenci nie mają za złe Vedze, że nakręcił film zły, tylko że zaprzepaścił szansę dowalenia PISowi... Prawicowe media chyba w ogóle przemilczały zjawisko, wychodząc być może z założenia że Vega zaorał się sam.

Film Vegi w żaden sposób wyniku wyborów nie zmieni. A szkoda, bo polska polityka zasługuje na wstrząs, na dzieło, które byłoby współczesnym nowym „Weselem”. Albo choćby takim wstrząsem, jakim był film braci Sekielskich o pedofilii w Kościele. Tymczasem film Patryka Vegi nawet nie zbliża się do tych parametrów, najlepsze określenie „Polityki” znalazłem w recenzji Marcina Makowskiego - to „polityczny patostreaming”... 

Tako pisze pan Siennicki z Polska Times.

"Politykę" kończy natomiast pompatyczny i dość naiwny apel do obywatelskiego sumienia. Szkoda tylko, że przez cały film Vega dobitnie pokazuje widzowi, jak bardzo władza nim gardzi i ma w nosie jego problemy. Zamiast natchnienia do głosowania, widz wychodzi z sali z przekonaniem, że cokolwiek by nie zrobił, nie ma już ratunku. Trudno więc oczekiwać, żeby najnowszy film Patryka Vegi wywołał tak szumnie zapowiadane trzęsienie ziemi w polskiej polityce. Ale przecież – jak kilkukrotnie przypomina nam się w filmie – "prawda sama się obroni". Prawda?

A tako Jedliński na Onecie. Ciekawe jakiego natchnienia się spodziewał. :)

Bez względu na lamenty antyrządowców, dziką satysfakcję obozu rządzącego, oraz znudzenie szarego widza, który na "Polityce" ponoć nawet nie bardzo miał się z czego pośmiać, jest jeden wygrany ten sytuacji. Pan Vega we własnej osobie. Film ma szansę na sukces kasowy dzięki sprawnie przeprowadzonej kampanii reklamowej, która tak zwiodła pana Siennickiego...

Czuję się oszukany. Przez Patryka Vegę, który od miesięcy obiecywał bezkompromisowy film o naszej polityce, odsłaniający kulisy i mający zmienić bieg wyborów. Do tego wszystkiego Vega przed premierą nadymał się, mówiąc, że stworzył głębokie dzieło, a pomysły na filmy są mu podsuwane przez „samego Pana Boga”, ba głosił, że podlegał naciskom politycznym PiS, próbowano go przekupić, żeby zmienił datę premiery, miał być szantażowany, a tak w ogóle życie i jego, i rodziny miało być zagrożone.
Okazało się to wszystko świetnie przeprowadzoną kampanią marketingową, Vega oszukał nie tylko mnie. Wywiady z nim przetoczyły się przez wszystkie najważniejsze i najbardziej opiniotwórcze media....

Naprawdę dał się Pan nabrać? Mój Boże, i te "najważniejsze opiniotwórcze media" też się dały nabrać... Szok! 


czwartek, 5 września 2019

Fort III Pomiechówek

... Mógłbym napisać wiele o tym miejscu i ludziach których dziś odnalazłem....

... ale dziś brak mi słów...
















poniedziałek, 2 września 2019

Rajd

Postanowiliśmy się pomimo upału z małżonką "wyrajdzić", wyjeździć jednym słowem - tu akurat na rowerach. Aura była taka sobie - jazda czterdziestu kilometrów w 30 stopniowym upale niekoniecznie jest atrakcją - a dokładniej przestaje nią być w pewnym momencie, gdy organizm ulega przegrzaniu.
I faktycznie, rajdu nie ukończyliśmy, choć bardziej z powodu kontuzji, na którą złożyło się kilka nieoczekiwanych okoliczności, w wyniku których moja małżonka z roweru po prostu "fikła". Wyglądało to fatalnie na szczęście skończyło się na otarciu łydki, niemniej jednak uznaliśmy że darujemy sobie finałowe kilka kilometrów.
Rajd był natomiast związany z dworami Mazowsza, co pozwoliło mi przyjrzeć się bliżej kilku z nich, które znajdują się w rękach prywatnych, a dodany do pakietu rajdowca przewodnik, pokrótce dopowiedział ich historię.




Powyżej dwór w Gradowie, poniżej w Strzyżewie. Żona w czerwonej czapce (oprócz ostatniego zdjęcia - tam w czerwonej czapce nie ma żony)

sobota, 31 sierpnia 2019

Niezbędnik Ateisty

W zasadzie książka wpadła mi w rękę przypadkiem.
Czemu się nią zainteresowałem? 
Nie uważam się za ateistę, ale też emocjonalnie nie czuję związku z żadnym Bogiem. Jedyny Bóg jakiego znam - to wytwór kultury, konglomerat różnych wierzeń, który odpowiada ludzkim założeniom jak taki Bóg mógłby być skonstruowany. 
Natomiast nie potrafię rozstrzygnąć, czy gdzieś pod tą warstwą jest jakiś pierwiastek, byt, czy świadomość, która choć częściowo wychodzi naprzeciw ludzkiej potrzebie by wierzyć. Dlatego już dawno przestało to dla mnie być istotne. 
Ateizm jest dla mnie ciekawy nie jako pogląd, bo jest chyba czymś naturalnym, że w obliczu natłoku informacji, odkryć - człowiek traci wiarę. Bardziej ciekawa jest zaciekła walka niektórych, żeby udowodnić innym że Bóg jest reliktem przeszłości - dodajmy, że szkodliwym. I wywiad z panią Graff uświadamia, że ateizm nie jest dla niektórych celem sam w sobie. Ale rozkminę nad tym odkryciem zostawimy na inny raz.

Wywiady z Niezbędnika to istny groch z kapustą i pomieszanie z poplątaniem. W zasadzie cały opór tych ludzi wobec boga opiera się na sprzeciwie wobec wyobrażeniu nie dotyczącego samej wiary w coś, ale kościołowi jako takiemu, albo konkretnej religii. 

Na pierwszy ogień idzie Agnieszka Graff i  nie będę ukrywał, że część jej spostrzeżeń dotycząca wiary i religii jest celna. Na przykład kwestia upolitycznienia religii - w sumie ten duet funkcjonuje od lat, ale tu akurat został zilustrowany dość trafnie na polskim przykładzie. Ale i tu jakieś dziwne spostrzeżenia sprawiają, że część wywodów trudno przełknąć bez uśmiechu.
"I myślę, że za komuny Bóg był dziwnie podobny do Gierka, a teraz Bóg ma jakby twarz biskupa, ale nie dlatego, że biskup jest reprezentantem Boga, ale po prostu dlatego, że biskup jest władzą, a Bóg stanowi lustrzane odbicie władzy." Naprawdę? Ale jak się okazuje tak samo można skojarzyć z władzą ateizm. Scalonych ze sobą wyznawców niewiary, którzy stanowią polityczną siłę. 

"Od niedawna ateiści zaczęli się organizować jako elektorat i mają pierwsze sukcesy. Mają sponsorów, dojście do kongresmenów czy naukowców, którzy z nimi współpracują. Pojawiają się już wszystkie te strategie, które znamy z ruchów o prawa obywatelskie, czyli integracja strategiczna, nawiązywanie koalicji, bardzo silny networking, wchodzenie w lobbystyczne układy z władzą, sprytne posługiwanie się mediami."

Prawa ateistów... Jakbym gdzieś już o tym słyszał. 
I to też ciekawy fragment - potwierdzający moją tezę, że ateizm zyskuje formę nie indywidualnego światopoglądu, ani nawet nie tylko politycznej siły, ale zorganizowanej wspólnoty, na wzór... kościelnej. (Zresztą dystans do takiego podejścia sprawia, że widzi to dobrze Graff).

"Jedną z pierwszych rzeczy, które pojawiają się na wszystkich stronach internetowych ateistów, humanistów, bezbożników jest oferta rytuału świeckiego."

U pani Graff będą dominowały wątki feministyczne i to jest również aspekt ciekawy. W dyskursie społecznym usiłuje się przekonać mianowicie, że feminizm i podobne do niego organizacje nazywane wolnościowymi, nie chcą absolutnie niczego niszczyć, nie są atakiem na nikogo, ale chcą tylko równych praw. Jest to wierutna bzdura, co daje się zauważyć podczas wywiadu z panią Graff. Powołuje się ona w pewnym momencie na  na "słynny esej Susan Okin "Is Multiculturalism bad for women?" Główna jego teza brzmi, że feminizm jest sprzeczny z ideologią kultywowania tradycji etnicznych, religijnych, lokalnych, czyli z multikulturalizmem." Jeżeli pani Graff uważa ten pogląd za częściowo błędny, to tylko dlatego, iż "stawianie w ten sposób sprawy wyklucza poza obręb feminizmu ogromne rzesze kobiet, dla których uczestnictwo w ich tradycjach kulturowych nie jest kwestią wyboru." Ani słowa o trzeciej możliwości - że jednak są kobiety, dla których tradycyjne modele są kwestią wyboru i na takiej zmianie, która opierałaby się na rujnowaniu pewnego porządku im nie zależy. No, w Polsce zakłada sytuację - że "niestety napięcie na linii Kościół—prawa kobiet jest w Polsce oczywiste, przez co feministki katoliczki często czują się obco w Kościele, a jednocześnie jako katoliczki czują się wykluczone z głównego nurtu feminizmu." Ot problem!  Zresztą świat widziany przez panią Graff jest monochromatyczny, co jest przypadłością zdecydowanej większości feministek, których wypowiedzi czytałem. Jej się w głowie nie mieści, że są osoby które mają inne pojęcie. Gdyby zresztą założyć taką ewentualność, i tak już skomplikowana ideologicznie walka o prawa kobiet stała by się jeszcze bardziej zagmatwana - więc lepiej jest założyć, że kobiety myślące inaczej albo są zdominowane, albo nie istnieją, albo są co najmniej wykluczone, niby są tymi feministkami ale takimi wybrakowanymi... 


czwartek, 29 sierpnia 2019

Między słowem, a mordobiciem

Bodaj gdy tylko na Ziemi pojawiła się pierwsza para myślących istot, wraz z nimi pojawiła się prawdopodobnie od razu różnica zdań. Znawcy tematu zapewne już w tym momencie orientują się, jak tytułowe "słowo" doprowadzić do tytułowego "mordobicia", choć może warto zająć się właśnie tym "między", co może już aż tak bardzo oczywistą kwestią nie być, zwłaszcza że zdarzały się w dziejach przypadki różnic zdań, z których nie wynikała żadna tragedia.
Różnice zdań przybierają różne formy, różne jest ich natężenie i ukierunkowanie. Czasem można zakończyć spór wynikający z różnicy zdań zwykłym machnięciem ręki, i odczepnym "a niech ci będzie, zjemy jabłko"... :P 
Innym razem kończy się nawet wojną.
Z biegiem rozwoju słownictwa i związanym z nim wymyślaniem coraz to większej ilości słów narodziły się krytyka i argumentacja - jako elementy pomocnicze, zastępujące wśród wyżej cywilizowanych jednostek kamienie, maczugi i tym podobny asortyment używany przy rozstrzyganiu wspomnianych różnic. Jednym słowem, teoretycznie miało się ku lepszemu.
Do czasu...
Nagromadzenie mniej lub bardziej potrzebnych słów sprawiło jednak, że człowiek zaczął z nich budować rozmaite, przedziwne czasem konstrukcje, nazwijmy je roboczo ideologiami, choć nie jest to może najszczęśliwsza nazwa. 
Dlaczego nienajszczęśliwsza?
No cóż, słowa zakorzenione w ludzkiej świadomości na ogół znaczą to co znaczą, ale z biegiem czasu, okazuje się, że nie są w stanie sprostać konstruktowi. Oczywiście można wymyślać nowe, ale ktoś wpadł na pomysł, że lepiej jest zmienić, albo rozszerzyć znaczenie starych. 
I co z tego wynika?
No cóż, załóżmy, że dwóch osobników sprowadza swoją różnicę zdań do konsensusu (też ładne słowo) definiując go odpowiednio słowami. A za jakiś czas okazuje się, że rzeczywiste skutki tego pozornego konsensusu nie są satysfakcjonujące dla jednej (albo żadnej!) ze stron, bo obydwie rozumieją inaczej znaczenie słów, na podstawie których udało się osiągnąć porozumienie. 
I dupa zbita, awantura zaczyna się od nowa.
Ideologia stała się także czymś złym, choć w praktyce oznacza ona wspólne poglądy na jakiś aspekt, czyli teoretycznie pozytywny wynik wszelkich dyskusji (niestety dzieje się tak dlatego, że te wspólne poglądy dotyczą jakichś grup, a nie ogółu ludzkości). Tymczasem zaglądając do słownika PWN znajdujemy taki oto... 

"Ideologię rozumie się więc jako zespół symboli, mitów, schematów myślowych i struktur językowych, które kształtują komunikację między ludźmi, odzwierciedlając istniejące polityczne i kulturowe hegemonie (Yesss! Kulturowa hegemonia rulez!!!); z drugiej strony widzi się w niej strategię zmian oraz zespół ideałów nadających kierunek politycznemu i społecznemu działaniu."

Ale to nie koniec... bo może to być...

 "system leżący u podłoża doktryny politycznej, której celem jest realizacja jakiejś utopii... "

A utopia to albo "projekt idealnego ustroju politycznego", albo "zamiar niemożliwy do zrealizowania" , Uff, pogubiliście się już?

Nic dziwnego, że ludzie mający jakieś poglądy zarzekają się, że to co myślą to wcale nie ideologia, ale to co myśli oponent, o, to dopiero jest ideologia! 

Ponieważ następuję tu problem już na etapie określenia o czym my tu gadamy, pozostaje szukanie prostszych rozwiązań. I tu wkracza metoda wuja Staszka - mistrza ciętej riposty.  (Szczegóły pod tym linkiem, nie będę pisał elaboratu.)

Jeden krótki, dosłowny wyraz, określający co możemy zrobić ze swoim pomysłem, poglądem, zdaniem... może wzbudzić frustrację i zdenerwowanie. Jego prostota wytrąca oponentowi wszelkie argumenty. oczywiście można wzorem hrabiego Ponimirskiego zachować godność i odpowiedzieć, 
"przepraszam za szczerość, ale pan jesteś bydlę". Ale widać już jasno, że dyskusji na wyższy poziom wznieść się już nie da.
Co zostaje?
Maczugi i kamienie...



czwartek, 22 sierpnia 2019

W Interesie Społecznym


To nowy film dziennikarza śledczego Mariusza Zielke. Udało mi się dziś dowiedzieć się nieco więcej u źródła, generalnie według Pana Mariusza zainteresowanie mediów było znikome, choć dokument nie jest jakąś odpowiedzią na film Sekielskich - wcale od tematu pedofilii kościelnej nie ucieka. Z tego co się dowiedziałem, będzie to po prostu ujęcie bardziej kompleksowe - wskazujące na mechanizmy krycia pedofilii także w innych środowiskach.

Link do bloga Mariusza Zielke.