niedziela, 15 września 2019

Między wiedzą a mądrością

Zastanawiałem się niedawno, a nawet bardzo niedawno - jak to się dzieje, że pomimo rozwoju oświaty, pomimo odkryć cały czas nowych faktów naukowych ludzkość jako zbiorowość wcale nie charakteryzuje się większą mądrością niż nasi odlegli przodkowie. 
W sumie jak zauważymy, że żadne tytuły naukowe, żadne kierunkowe wykształcenie nie zwalnia człowieka z pospolitej głupoty sprawa znajduje nader oczywiste wyjaśnienie - wiedza nie oznacza mądrości. Albo konkretnie - można posiadać wiedzę w wąskiej specjalizacji - a w innych dziedzinach pozostać głupim jak but. 
I tak, mądrości wyssane z książek nie wpływają na kindersztubę, wiedza astronomiczna nie oznacza lepszego pojmowania świata, który mamy pod nosem, bez użycia dalekosiężnego teleskopu. 
A propos książek - one nie gwarantują nawet oświecenia w temacie, o jakim traktują! 
Jaskrawy przykład - wielu dyskutantów jako przykład wyjątkowego okrucieństwa kościoła, przywołuje instytucję inkwizycji. Powstały setki książek traktujących o rozognionych stosach, męczarniach tzw. heretyków i liczonych w milionach ofiar. Nikt nie zwrócił do pewnego momentu uwagi, że  książki oparto na źródłach - starych wprawdzie, ale anglosaskich i niemieckich, vulgo protestanckich. Aż do momentu kiedy Henry'emu Kamenowi nie przyszło do głowy, by zajrzeć do akt samej inkwizycji i napisać jedną z bardzo nielicznych książek, opisujących zjawisko rzetelnie. Oczytani krytycy jego dzieła uznali, że stara się umniejszyć jej winy, choć obraz jaki wynika z publikacji daleki jest od sielankowej laurki. Jednym słowem - oni wiedzą lepiej. I tu warto przedstawić kolejne ciekawe słówko...

Istnieje bowiem w psychologii takie pojęcie jak atrybucja - naiwna teoria przyczynowości. Mówiąc wprost, przywołując przysłowie "nie mierz innych swoją miarką", tłumaczy całokształt błędów wynikających z takiego postrzegania.  Jej siłę wspomaga fakt, iż wytłumaczenie podstawowych, bardzo intuicyjnych zjawisk - faktycznie znajduje prawidłowe rozwiązanie w dość naiwnym myśleniu. Gorzej, jak naiwne myślenie przenosi się na analizę zdarzeń, do których wyjaśniania nie wystarczy intuicja, lecz wiedza. I tu może tkwi odpowiedź na moje pytanie z pierwszego akapitu - dlaczego stopień wykształcenia jakiegoś tam profesora nie wystarczy, by uznać go za osobę mądrą - po prostu intuicja, w dużej mierze oparta na zdolnościach percepcyjnych nie jest wystarczającym narzędziem, a zdobyta wiedza nie dotyczy zjawiska (choć niektórzy usiłują i tak szukać związku ze swoimi doświadczeniami i jakimś zjawiskiem, ale przypomina to próbę odkręcenia śruby z krzyżykiem prostym śrubokrętem. Czasem się udaje...). 

Przyjęcie przed oceną zjawiska zasady, że możemy nie mieć racji, jest bardzo trudne. A chyba nawet w niektórych przypadkach niemożliwe. Nic nie przychodzi człowiekowi tak łatwo, jak zakładanie własnej nieomylności - znam to z autopsji. :)   

poniedziałek, 9 września 2019

Płacz nad Vegą

Nie, nie będzie recki filmu, nawet nie wiem czy się fatygować do kina.
W związku z tym ja płakać nie będę
Będzie o recenzjach i płaczu ich autorów.

Patryk Vega i jego film "Polityka" to jakby Zenek Martyniuk postanowił zaśpiewać "Dziwny jest ten świat" - Tomasz Raczek (na szczęście on akurat powiedział co myśli nie rozpaczając). :)


Cóż, co poniektórzy są zdziwieni, że film Vegi jest słaby, czyli tym czego się spodziewałem od początku - wydmuchanej promocji i najzabawniejszych scen w zwiastunie. Co śmieszne i znamienne, recenzenci nie mają za złe Vedze, że nakręcił film zły, tylko że zaprzepaścił szansę dowalenia PISowi... Prawicowe media chyba w ogóle przemilczały zjawisko, wychodząc być może z założenia że Vega zaorał się sam.

Film Vegi w żaden sposób wyniku wyborów nie zmieni. A szkoda, bo polska polityka zasługuje na wstrząs, na dzieło, które byłoby współczesnym nowym „Weselem”. Albo choćby takim wstrząsem, jakim był film braci Sekielskich o pedofilii w Kościele. Tymczasem film Patryka Vegi nawet nie zbliża się do tych parametrów, najlepsze określenie „Polityki” znalazłem w recenzji Marcina Makowskiego - to „polityczny patostreaming”... 

Tako pisze pan Siennicki z Polska Times.

"Politykę" kończy natomiast pompatyczny i dość naiwny apel do obywatelskiego sumienia. Szkoda tylko, że przez cały film Vega dobitnie pokazuje widzowi, jak bardzo władza nim gardzi i ma w nosie jego problemy. Zamiast natchnienia do głosowania, widz wychodzi z sali z przekonaniem, że cokolwiek by nie zrobił, nie ma już ratunku. Trudno więc oczekiwać, żeby najnowszy film Patryka Vegi wywołał tak szumnie zapowiadane trzęsienie ziemi w polskiej polityce. Ale przecież – jak kilkukrotnie przypomina nam się w filmie – "prawda sama się obroni". Prawda?

A tako Jedliński na Onecie. Ciekawe jakiego natchnienia się spodziewał. :)

Bez względu na lamenty antyrządowców, dziką satysfakcję obozu rządzącego, oraz znudzenie szarego widza, który na "Polityce" ponoć nawet nie bardzo miał się z czego pośmiać, jest jeden wygrany ten sytuacji. Pan Vega we własnej osobie. Film ma szansę na sukces kasowy dzięki sprawnie przeprowadzonej kampanii reklamowej, która tak zwiodła pana Siennickiego...

Czuję się oszukany. Przez Patryka Vegę, który od miesięcy obiecywał bezkompromisowy film o naszej polityce, odsłaniający kulisy i mający zmienić bieg wyborów. Do tego wszystkiego Vega przed premierą nadymał się, mówiąc, że stworzył głębokie dzieło, a pomysły na filmy są mu podsuwane przez „samego Pana Boga”, ba głosił, że podlegał naciskom politycznym PiS, próbowano go przekupić, żeby zmienił datę premiery, miał być szantażowany, a tak w ogóle życie i jego, i rodziny miało być zagrożone.
Okazało się to wszystko świetnie przeprowadzoną kampanią marketingową, Vega oszukał nie tylko mnie. Wywiady z nim przetoczyły się przez wszystkie najważniejsze i najbardziej opiniotwórcze media....

Naprawdę dał się Pan nabrać? Mój Boże, i te "najważniejsze opiniotwórcze media" też się dały nabrać... Szok! 


czwartek, 5 września 2019

Fort III Pomiechówek

... Mógłbym napisać wiele o tym miejscu i ludziach których dziś odnalazłem....

... ale dziś brak mi słów...
















poniedziałek, 2 września 2019

Rajd

Postanowiliśmy się pomimo upału z małżonką "wyrajdzić", wyjeździć jednym słowem - tu akurat na rowerach. Aura była taka sobie - jazda czterdziestu kilometrów w 30 stopniowym upale niekoniecznie jest atrakcją - a dokładniej przestaje nią być w pewnym momencie, gdy organizm ulega przegrzaniu.
I faktycznie, rajdu nie ukończyliśmy, choć bardziej z powodu kontuzji, na którą złożyło się kilka nieoczekiwanych okoliczności, w wyniku których moja małżonka z roweru po prostu "fikła". Wyglądało to fatalnie na szczęście skończyło się na otarciu łydki, niemniej jednak uznaliśmy że darujemy sobie finałowe kilka kilometrów.
Rajd był natomiast związany z dworami Mazowsza, co pozwoliło mi przyjrzeć się bliżej kilku z nich, które znajdują się w rękach prywatnych, a dodany do pakietu rajdowca przewodnik, pokrótce dopowiedział ich historię.




Powyżej dwór w Gradowie, poniżej w Strzyżewie. Żona w czerwonej czapce (oprócz ostatniego zdjęcia - tam w czerwonej czapce nie ma żony)